<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199</id><updated>2012-02-16T12:31:35.594+01:00</updated><title type='text'>Kołysanie na łodydze chwil</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>16</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-4709401857080948267</id><published>2010-11-01T18:20:00.029+01:00</published><updated>2010-11-02T14:40:10.789+01:00</updated><title type='text'>Pierwszolistopadowo</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TNATyZhT2CI/AAAAAAAAFig/kV33Qpi_J4E/s1600/897704_91806443.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 364px; height: 271px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TNATyZhT2CI/AAAAAAAAFig/kV33Qpi_J4E/s400/897704_91806443.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5534945698603325474" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Gdy maszerowałam dziś na cmentarz pod rękę z moją ukochaną prawie dziewięćdziesięcioletnią Babcią, myślałam, jak to dobrze, że mam do kogo tam iść. Bo choć odwiedzanie grobów bliskich przywołuje niegdysiejszy ból rozstania, smutek rozłąki czy gorycz tęsknoty, jest przecież także znakiem naszego zakorzenienia w określone rodzinne (albo - szerzej - międzyludzkie) relacje, wpisania w konkretną ludzką historię i tradycję, konstytuujące naszą tożsamość, udziału w miłości przekraczającej granice pokoleń. Znakiem tego, co stanowi nasze tu i teraz.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;A na cmentarzu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pogoda była piękna. W złotojesiennym słońcu rosłe bursztynowe brzozy prószyły listkami na smukłe tuje i ozdobione kwiatami i zniczami szare płyty nagrobne. Pachniało lasem i woskiem. Rozgadane tłumy zagłuszały nie najlepiej nagłośnione raczej banalne kazanie. Ja zaś snułam moje rozważanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pochylając się nad mogiłami zmarłych, być może wyraźniej niż kiedykolwiek czujemy, że o więziach, które nas z nimi połączyły, nie chcemy myśleć w czasie przeszłym - jakby zostały przerwane za zawsze.  Bo mimo przemijalności tego, co doczesne, jesteśmy pewni, że one trwają, są - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nomen omen&lt;/span&gt; - żywe. Tyle że na inny, nowy, nieprzemijalny, niedoczesny sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy tak odzywa się obecna głęboko w nas metafizyczna (albo mistyczna) intuicja wieczności - inne zakorzenienie: w życiu wiecznym...?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lubię cmentarze, bardzo - ustanawiają właściwą perspektywę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(autorem fotografii jest pan Michał Zacharzewski)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-4709401857080948267?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/4709401857080948267/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/11/pierwszolistopadowo.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4709401857080948267'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4709401857080948267'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/11/pierwszolistopadowo.html' title='Pierwszolistopadowo'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TNATyZhT2CI/AAAAAAAAFig/kV33Qpi_J4E/s72-c/897704_91806443.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-4838506547220906964</id><published>2010-09-05T13:07:00.017+02:00</published><updated>2010-10-01T17:07:47.089+02:00</updated><title type='text'>Sroki</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Jak dawno mnie tu nie było...! Dziś zatem opiszę coś, czego początki sięgają zamierzchłych czasów, czyli tygodnia przed Wielkanocą. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtedy bowiem postanowiłam umyć okna. Na drzewach nie było jeszcze liści. Tańcząc ze ścierką przy szybach w pokoju dziennym, miałam niezwykły widok na dwie sroki (srocze małżeństwo?), które na szczycie drzewa znajdującego się niemal na wyciągnięcie mojej ręki budowały sobie gniazdo. Uwijały się przy tym jak najwprawniejsi budowniczy, precyzyjnie utykając kolejne patyczki. Ja zaś przyglądałam się im zafrapowana, a z mej piersi raz po raz wyrywał się cichy okrzyk zachwytu. Próbowałam też uchwycić ptasią pracę na fotografii, sroki jednak - gdy tylko spostrzegły mnie wychyloną z okna balkonowego - zrywały się na poszukiwanie nowych materiałów budowlanych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw postało coś na kształt dolej części kosza, wkrótce uzupełnionej o szeroki pałąk, spełniający funkcję dachu. Wyglądało to tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIONnjgXSlI/AAAAAAAAFfQ/VtAt_taJ8XQ/s1600/sroki+1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIONnjgXSlI/AAAAAAAAFfQ/VtAt_taJ8XQ/s400/sroki+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5513406079517018706" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce potem nastał maj, a ja wyjechałam na kilka dni. Sporo wówczas padało. I jak to w maju: spadnie deszcz i od razu wszystko się zieleni. Po powrocie z podróży zastałam srocze gniazdo odmiennie ustrojone (w tym czasie też moja siostra, będąc u mnie w odwiedzinach, wypatrzyła w nim pisklęta):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOOLNvdviI/AAAAAAAAFfY/ts_eAeVmGSw/s1600/sroki+2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOOLNvdviI/AAAAAAAAFfY/ts_eAeVmGSw/s400/sroki+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5513406692150066722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOO05JorHI/AAAAAAAAFfo/kGtM_fL89oY/s1600/sroki+4.JPG"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;Latem wybujała zieloność drzewa zazdrośnie strzegła mieszkania srok przed moimi oczami:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOObDujCiI/AAAAAAAAFfg/Q40yfwBFU2c/s1600/sroki+3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOObDujCiI/AAAAAAAAFfg/Q40yfwBFU2c/s400/sroki+3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5513406964339771938" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;A teraz powoli zbliża się jesień. Liście zaczynają blednąć:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOO05JorHI/AAAAAAAAFfo/kGtM_fL89oY/s1600/sroki+4.JPG"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIOO05JorHI/AAAAAAAAFfo/kGtM_fL89oY/s400/sroki+4.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5513407408177196146" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;I tylko patrzeć, jak siedziba Państwa Sroków zatonie w żółciach, pomarańczach i brązach. Może wtedy uwiecznię ją po raz ostatni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taki to cykl przyrody rozgrywa się za moimi wielkomiejskimi oknami. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ps. A nie mówiłam?! Oto zdjęcie zrobione 25 września 2010:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TJ-k0krCwXI/AAAAAAAAFgs/CY0SC0dsFjY/s1600/IMG_7994-1.JPG"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TJ-k0krCwXI/AAAAAAAAFgs/CY0SC0dsFjY/s400/IMG_7994-1.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5521312891283882354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;A to fotografia z 1 października:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TKX45JZHKnI/AAAAAAAAFhs/3csSWB1f1QA/s1600/IMG_7997.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TKX45JZHKnI/AAAAAAAAFhs/3csSWB1f1QA/s400/IMG_7997.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523094178697259634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-4838506547220906964?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/4838506547220906964/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/09/sroki.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4838506547220906964'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4838506547220906964'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/09/sroki.html' title='Sroki'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/TIONnjgXSlI/AAAAAAAAFfQ/VtAt_taJ8XQ/s72-c/sroki+1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-1760246090221290926</id><published>2010-05-04T22:33:00.028+02:00</published><updated>2010-09-05T14:52:16.115+02:00</updated><title type='text'>Hiszpańska celebracja</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S-CPigZDBTI/AAAAAAAACUs/RjoHBWatJao/s1600/hisz.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 278px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S-CPigZDBTI/AAAAAAAACUs/RjoHBWatJao/s400/hisz.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5467527770601096498" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Krążek z chrupiącej bezy. Na nim świeża bita śmietana, w której ukryte są soczyste kawałki różnych owoców. Potem jeszcze jeden bezowy krążek ze śmietanowym zawijasem i jeszcze trochę owoców. Na czubku kostka z kolorowej galaretki. A wszystko to polane strużkami czekolady...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Zaczynasz jeść. Grzecznie, jak należy, widelczykiem. Zjadasz owoce z góry i galaretkową kostkę. Ale gdy tylko zanurzasz widelczyk w górnym bezowym krążku, on pęka. I już nie masz innego wyjścia niż pomóc sobie palcami. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Savoir-vivre&lt;/span&gt; przestaje być ważny, liczy się tylko ta rozkoszna słodycz. Beza rozkrusza się w twoich dłoniach i rozpływa w ustach. Następnie znów trzeba użyć widelczyka, żeby zjeść śmietanę znad dolnego krążka i zanurzone w niej pyszne owoce. Gdy docierasz do spodu, ponownie lepiej skorzystać z rąk. A na koniec klejącym się już nieco palcem zbierasz okruszki bezy i wkładasz je do umorusanej śmietaną buzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I robi się trochę smutno, że to koniec przyjemności. A jednak uśmiechasz się jak dziecko, bo tyle było z tym jedzeniem frajdy.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;To ciastko - moje ulubione! - nazywa się hiszpan. Jada się je w krakowskiej &lt;a href="http://www.michalscy.pl/"&gt;cukierni Michalscy&lt;/a&gt; na pl. Wszystkich Świętych. Na stronie internetowej Michalskich o hiszpanie można przeczytać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Dostojne ciacho, chrupiące bezy, bita śmietana i świeże owoce. Zmiękczy serca największych twardzieli, niegrzeczne dzieci przemieni w aniołki".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś w tym jest... ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwiedzam tę maleńką cukiernię zawsze, gdy jestem w Krakowie (ostatnio byłam tam wczoraj). Tyle rzeczy zmienia się w Grodzie Kraka, a to miejsce, które pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, wiąż takie samo. Z tymi samymi ciastkami i tą samą panią za ladą. Więc siadam w przytulnej sali w głębi, pod witrażowym abażurem, w otoczeniu obrazów z nenufarami, ozdobionych kwiatami z materiału, naprzeciw wielkiego lustra, przy ściance z nenufarowym witrażem dzielącej stoliki i...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Kawa.&lt;br /&gt;Hiszpan.&lt;br /&gt;Celebracja.&lt;br /&gt;:)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S-CR4K0JlII/AAAAAAAACVE/MIyfcTi7SYw/s1600/IMG_5098.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 270px; height: 352px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S-CR4K0JlII/AAAAAAAACVE/MIyfcTi7SYw/s400/IMG_5098.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5467530341789570178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;(na górnej fotografii hiszpan - ze strony internetowej cukierni Michalscy; na dole ja - na progu celebracji ;) )&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-1760246090221290926?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/1760246090221290926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/05/krazek-z-chrupiacej-bezy.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/1760246090221290926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/1760246090221290926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/05/krazek-z-chrupiacej-bezy.html' title='Hiszpańska celebracja'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S-CPigZDBTI/AAAAAAAACUs/RjoHBWatJao/s72-c/hisz.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-3904356423529809876</id><published>2010-04-25T17:19:00.029+02:00</published><updated>2010-09-05T15:33:08.358+02:00</updated><title type='text'>Szara eminencja książki</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S9Re00hQGOI/AAAAAAAACUM/v8Vof3oH0M0/s1600/redaktor+zielony.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 268px; height: 324px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S9Re00hQGOI/AAAAAAAACUM/v8Vof3oH0M0/s400/redaktor+zielony.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5464096509451573474" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Redaktor to nie zwykły zawód - to powołanie. Jak rozpoznać, że się je ma? Jeśli widząc tekst wymagający poprawek, od razu się w nim zakochujesz i nie chcesz go oddać do poprawy nikomu innemu, choćby to wymagało siedzenia po nocach, zaiste, jesteś powołany! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Praca redaktora polega na byciu skutecznym pośrednikiem między autorem a czytelnikiem. Ma on im pomóc się skomunikować, porozumieć, spotkać. Dyskretnie, ale w sposób nie do zastąpienia służy więc jednemu i drugiemu, a jednocześnie służy książce, troszczy się o nią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorzy jednak bywają nad wyraz przywiązani do swoich dzieł i każdą zmianę uważają za gwałt na ich słusznym akcie twórczym. Dlatego redaktor staje przed niełatwym zadaniem. Czasem musi bardzo umiejętnie przekonywać i negocjować, gdy jest czegoś pewien. Niemniej tak naprawdę autor potrzebuje redaktora i gdy sobie to uświadomi, szczerze go ceni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno gdy napisałam jednemu z autorów, że jego powieść trafiła już do drukarni, odpowiedział: "Czekam jak ojciec przed salą porodową" (nieco później zatelefonował z pytaniem, jak się miewa "nasze dziecko" ;) ). Pomyślałam wtedy, że w takim razie mnie przypada rola akuszerki. I chyba rzeczywiście, ten zawód - przepraszam, to powołanie ;) - kryje w sobie coś z akuszerii. Oto pomagam rodzić się książce! Później ten sam autor wypisał mi zamaszyście na na stronie przedtytułowej swojej książki: "Pani Magdalenie, Matce Chrzestnej...".  Niech będzie i matka chrzestna. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Innym razem pewien pan poprosił mnie o autograf na publikacji, którą zredagowałam. Wzbraniałam się, mówiąc, że przecież nie ja ją napisałam, więc autora trzeba poprosić, na co ów pan odrzekł konfidencjonalnie: "Proszę pani, redaktor to czasem nawet ważniejszy niż autor, bo autor pisze, co chce, a redaktor musi z tego zrobić coś, co się da czytać".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redagowanie więc to nie tylko sztuka języka, lecz także dyplomacja z domieszką psychologii. Redaktor zaś to "szara eminencja" książki - osobistość z drugiej strony strony tytułowej. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tego tyle się można dowiedzieć o najrozmaitszych dziedzinach, których dotyczą redagowane teksty. Często są to informacje, do których inaczej nigdy bym pewnie nie dotarła, a które niekiedy przydają się w zupełnie niespodziewanych okolicznościach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze wszystkich tych powodów ta robota daje tyle frajdy. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i dzięki pracy redaktora świat jest bogatszy o kolejną książkę, a to z pewnością nie bagatela!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oto zaś mój - to znaczy opracowany przeze mnie na własny użytek, więc w  żaden sposób niewiążący, choć  mogący przydać się innym redaktorom -  zawodowy dekalog.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Niezależnie od tego, jak długo i rzetelnie tworzono tekst, jego  pierwsza wersja jest zwykle daleka od ideału.&lt;br /&gt;2. Autorzy nie lubią  zmian.&lt;br /&gt;3. Redagowanie nawet niewielkiego tekstu wymaga odwagi, ale  jeśli dojrzejesz do postanowienia: "Zaczynam redagować", czuj się  swobodnie przy dokonywaniu własnych wyborów: "Obwaruj jeno swoje męstwo,  / A nie chybimy" (Szekspir, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Makbet&lt;/span&gt;,  I, VII, 60; tłum. J. Paszkowski).&lt;br /&gt;4. Czas nie może stać się wrogiem  redaktora, bo redakcja to konieczność, a nie luksus, na który ma się  nadzieję znaleźć czas, przy czym zawsze należy rezerwować na tę pracę  więcej czasu, niż się wydaje, że będzie potrzebne.&lt;br /&gt;5. Wczuj się w  sposób myślenia potencjalnego czytelnika.&lt;br /&gt;6. Nie zmieniaj tekstu  tylko dlatego, że można go napisać inaczej - wprowadzaj poprawki tylko  wtedy, gdy jest to rzeczywiście niezbędne.&lt;br /&gt;7. Małe zmiany mogą wiele  ulepszyć.&lt;br /&gt;8. Jeśli czyta się w pośpiechu, czyta się nieuważnie -  powolne i uważne przeczytanie tekstu jest najbardziej skuteczną metodą  jego sprawdzenia.&lt;br /&gt;9. Im dłużej czyta się jakiś tekst, tym się jest  mniej obiektywnym co do jego czytelności.&lt;br /&gt;10. Miej pewność, że  ostateczna wersja tekstu jest bezbłędna - on stanowi twoją wizytówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;opr. na podst. Jo Billingham, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Redagowanie tekstów&lt;/span&gt;, PWN, Warszawa  2007.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt; (książka niewolna od  błędów, ale niezła; z niej pochodzi także rysunek otwierający tekst)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do tego dochodzi znajomość zasad pisowni (lub wiedza, gdzie je sprawdzić ;) ) i najrozmaitszych redaktorskich trików. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A na koniec jeszcze kilka trafnych cytatów z książki: Gill Davies, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nabywanie tytułów. Organizacja i zarządzanie w redakcji&lt;/span&gt;, BMR, Kraków 1997 (rozdział &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zawód: redaktor&lt;/span&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"…w jaki sposób redaktor w ogóle znajduje czas na sen. Tyle przecież musi zrobić i o tyle rzeczy się martwić. Praca redaktora, choć daje bardzo wiele, rzeczywiście jest niezwykle trudna i wielu redaktorów ma prawo skarżyć się na brak snu."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Praca redaktora wymaga od niego przedsiębiorczości, zrozumienia zagadnień finansowych, umiejętności zwracania uwagi na szczegóły, wysokiej produktywności oraz łatwości nawiązywania stosunków z ludźmi i praktycznej znajomości psychologii. To bardzo dużo."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"…zawód [redaktora] jest niezwykle odpowiedzialny i może być stresujący. Nie tylko trzeba się uporać z poważnym obciążeniem pracą, ale także wykazać trudnymi do określenia cechami: łatwością działania i umiejętnością oceny."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Bez względu na to, jaka droga doprowadziła nas do stanowiska redaktora, wymaga ono od nas zarówno kunsztu, jak i ciężkiej pracy. Jeżeli nie jest to dla nas przeszkoda, przekonamy się, że nasz zawód jest atrakcyjny i urozmaicony, daje nam wpływy, a przede wszystkim jest niezwykle stymulujący. Gdzie indziej trudno o taką zawodową satysfakcję."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"…redaktor może prawomocnie utrzymywać, że jego zawód jest najlepszy."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Książka jest owocem skomplikowanej współpracy wielu rąk i głów. Każdy, kto brał w niej udział, trzymając książkę w rękach, dostrzega w niej mały cud. Jednak właśnie redaktor może powiedzieć, że - pomijając samego autora - bardziej niż ktokolwiek inny przyczynił się do jej powstawania. To wielka satysfakcja."&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-3904356423529809876?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/3904356423529809876/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/04/szara-eminencja-ksiazki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/3904356423529809876'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/3904356423529809876'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/04/szara-eminencja-ksiazki.html' title='Szara eminencja książki'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S9Re00hQGOI/AAAAAAAACUM/v8Vof3oH0M0/s72-c/redaktor+zielony.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-4796573278910430518</id><published>2010-04-11T19:51:00.023+02:00</published><updated>2010-04-12T00:01:35.647+02:00</updated><title type='text'>Żałoba narodowa</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IRt6jEGhI/AAAAAAAACRk/GbHl6rkVtDY/s1600/wstazka.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 154px; height: 161px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IRt6jEGhI/AAAAAAAACRk/GbHl6rkVtDY/s200/wstazka.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458945178834573842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Od wczoraj moja ojczyzna jest pogrążona w autentycznej żałobie z powodu śmierci ponad prawie 100 osób, które zginęły w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Nie będę się starała zamknąć w słowach tego, co się wydarzyło i co dzieje się na naszych oczach. Wielu próbuje to robić, lecz i tak chyba wszyscy czujemy, że zostaliśmy postawieni przed czymś nieogarnionym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale jestem dumna, że żyję w kraju, w którym spontaniczną reakcją na tragedię jest wspólna modlitwa i śpiewanie pieśni patriotycznych albo po prostu wspólne milczenie, ceremonię powitania trumny z ciałem prezydenta otwiera duchowny, a politycy okazują się ludzcy, mówią o perspektywie sięgającej poza doczesność i nie wstydzą się płakać, a także klękać, czynić znak krzyża i przyjmować Komunię świętą w świetle jupiterów. W kraju, w którym pojęcia "Bóg" i "Ojczyzna" wciąż wiele znaczą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja Mama w rozmowie przez telefon - wiedząc, że wybieram się na mszę - powiedziała mi dziś: "To pomódl się... za Polskę".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To przedziwne. Dokładnie 5 lat po śmierci Jana Pawła II (niekoronowanego króla Polski), tego samego liturgicznie dnia (sobota w oktawie Wielkanocy - wigilia Święta Miłosierdzia) ginie polska głowa państwa. I to pod Katyniem - w kolejną rocznicę dokonanej tam zbrodni na polskich oficerach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Przypominają mi się słowa, które Jezus wypowiedział do św. s. Faustyny: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje" (Dz 1732).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kryje się w tym coś mistycznego...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wszystko brzmi tak podniośle? Bo takie jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja zaś jestem patriotką. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-4796573278910430518?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/4796573278910430518/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/04/zaboba-narodowa.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4796573278910430518'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4796573278910430518'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/04/zaboba-narodowa.html' title='Żałoba narodowa'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IRt6jEGhI/AAAAAAAACRk/GbHl6rkVtDY/s72-c/wstazka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-6820403080968961891</id><published>2010-04-07T15:41:00.033+02:00</published><updated>2010-05-15T09:53:56.477+02:00</updated><title type='text'>Najlepsza Przyjaciółka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IXXarDO5I/AAAAAAAACR8/gm83U0iaEzM/s1600/F1020001.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 365px; height: 245px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IXXarDO5I/AAAAAAAACR8/gm83U0iaEzM/s400/F1020001.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458951389390781330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Uniwersytet Jagielloński, początek roku akademickiego 1999/2000, lektorat języka angielskiego - pierwsze zajęcia, zdaje się: w siedzibie Instytutu Ochrony Środowiska, którego krętą klatkę schodową zapamiętałam jako zieloną. Sala była nieduża. Obok tej dziewczyny w okularach o dość grubej ciemnej oprawce, uczesanej w dwa albo kucyki, albo warkoczyki (raczej warkoczyki), w ostatniej ławce po prostu zobaczyłam wolne miejsce, dlatego poszłam tam usiąść. Tak się poznałyśmy i tak to się zaczęło.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;" align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Tego dnia dowiedziałam się na pewno, że ma na imię Paulina. Czy również tego, że studiuje nie jak ja polonistykę nauczycielką, tylko teatrologię też - nie wiem, to było dawno. Jakiś czas później na zajęciach umówiłyśmy się u mnie. Rozrysowałam jej na kartce dokładną mapę, jak do mnie trafić. Chyba jadłyśmy wedlowskie delicje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odtąd spotykałyśmy się dość często. Na uczelni, w domu, na mieście - różnie. Toczyłyśmy rozmowy na tysiące tematów, coraz bardziej zachwycone sobą nawzajem. Pamiętam tak ogromnie wzruszające wyznanie Pauliny po latach, że czuła się mną zafascynowana i chciała być blisko mnie. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Spontanicznie przyjmowałam jej obecność jako zaskakujący prezent.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak - od spotkania do spotkania, od rozmowy do rozmowy - stałyśmy się przyjaciółkami, ba!, najlepszymi przyjaciółkami. Taką najlepszą przyjaciółkę, jeśli już się ją znajdzie, ma się jedną w życiu. I ma się ją na całe życie. Chyba nie potrafiłybyśmy wskazać konkretnego momentu, kiedy się to stało. Po prostu się stało - jakoś to sobie uświadomiłyśmy - i… zostało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć tak wiele się wydarzyło…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw skończyłyśmy studia i Paulina przeprowadziła się do Warszawy, a ja zostałam w Krakowie. To był trudny rok - swego rodzaju próba tej przyjaźni. Ja przeżywałam dość nieciekawy czas, czułam się samotna i zagubiona, moja Przyjaciółka próbowała poukładać sobie życie w nowej rzeczywistości. Nie miałyśmy stałego dostępu do Internetu, wymieniałyśmy więc rzadkie maile, a do tego nieczęsto rozmawiałyśmy przez telefon, bo telefony drogo kosztowały, nie mówiąc o spotkaniach, na które mogłyśmy sobie pozwolić tylko wyjątkowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niecały rok później i ja przeniosłam się do stolicy. Zamieszkałyśmy razem. Zaczęła się sielanka? Bynajmniej. Było nam dobrze i czasem bardzo wesoło, ale też - paradoksalnie - nasza przyjaźń jakby nam spowszedniała. Miałyśmy się na co dzień w domu, więc tylko niekiedy wybierałyśmy się gdzieś razem. Otrzaskane ze sobą jakbyśmy trochę zatraciły poczucie wyjątkowości bycia razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale też wtedy chyba najbardziej doświadczałam takiej konkretnej, ucieleśnionej miłości Pauliny. Gdy moja choroba wyraźniej dawała o sobie znać, ona troskliwie się mną zajmowała. W razie potrzeby nawet karmiła czy pomagała się ubierać. Pamiętam, jak kiedyś źle się poczułam w kościele. Ledwie dotarłyśmy do domu, a kiedy w windzie zaczęłam osuwać się na podłogę, moja Przyjaciółka błagała, żebym wytrzymała, bo przecież ona mnie nie doniesie (wśród wszystkich różnic między nami, o których jeszcze opowiem, trzeba dostrzec i tę w tuszy ;) ). Innym razem zwolniła się z pracy, gdy zasłabłam w domu, ustaliła z moim lekarzem, co powinna zrobić, a potem ściągnęła naszego przyjaciela Krzyśka, żeby zawiózł nas do szpitala. Krzyś zachwycał się potem jej zdolnością racjonalnego działania w sytuacji kryzysowej. ;) Z wdzięczności za całą tę akcję kupiłam jej chyba zaraz następnego dnia wszystkie tomy jej ukochanych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Opowieści z Narnii&lt;/span&gt;. Zresztą, kiedyś w Krakowie, w podobnej sytuacji, gdy już obdzwoniła wszelkie możliwe placówki medyczne, w których odsyłano ją od Sasa do Lasa, w końcu poszła zrobić rozróbę w najbliższej przychodni i uzyskała zapewnienie, że lekarz przyjdzie. Ostatecznie okazało się to niepotrzebne, kryzys zdrowotny minął, pomoc Pauliny wystarczyła. Także jeszcze na studiach pewnego dnia trzeba mnie było zaprowadzić do uczelnianej przychodni, bo zlekceważyłam kaszel i tak naderwałam mięśnie klatki piersiowej, że ledwie mogłam się ruszać i oddychać. Towarzyszył nam nasz serdeczny kolega Mateusz. Gdy dotarliśmy, okazało się, że nie ma akurat żadnego lekarza. Najlepsza Przyjaciółka od razu wkroczyła do akcji i na tyle zdecydowanie uświadomiła personelowi, co myśli o tym, że w tak dużej przychodni nie ma się kto mną zająć, że od razu się ktoś znalazł. Poczciwy Mat nie mógł wyjść z podziwu… ;) No i od dawna Paulina jest upoważniona we wszelkich odwiedzanych przez mnie placówkach medycznych do dowiadywania się o moim zdrowiu i - jeśli zajdzie konieczność - do odbioru mojego trupa. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale jeszcze o tym mieszkaniu razem… Pewnego dnia zdecydowałam się rzucić moją pierwszą pracę (nie mając żadnej innej, z niewielkimi pieniędzmi na koncie), ponieważ dalszą kooperację z moim przełożonym uważałam za niemożliwą czy - nazwijmy rzecz po imieniu - złą; musiałam odejść, by obronić siebie. I zrobiłam to. Tego dnia, gdy oznajmiłam szefowi, że zamierzam go pożegnać, Paulina powitała mnie w domu radosnym okrzykiem: "Zrobiłam sałatkę grecką. Musimy to uczcić!". To były moje 29. urodziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzucanie pracy to też wydarzenie, które doskonale obrazuje różnice między nami. Gdy ja się do tego przymierzałam, przez dłuższy czas głośno o tym mówiłam, przeżywałam moje dylematy na zewnątrz, potrzebowałam wsparcia w podjęciu decyzji. Gdy Paulina zdecydowała się odejść ze swojej pierwszej pracy (mniej więcej z tych samych powodów co ja), wychodząc rano z domu, powiedziała coś w stylu: "Chciałabym wydać oświadczenie [to taka nasza formułka, sygnalizująca, że chcemy coś ważnego oznajmić]. Składam dziś wymówienie. Dziękuję". I zamierzała wyjść, tylko gdy już ocknęłam się z osłupienia, zarzuciłam ją pytaniami, na które jednak uzyskałam raczej zdawkowe odpowiedzi. Bo ona jest raczej introwertyczką, w przeciwieństwie do mnie - ekstrawertyczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero z czasem pojęłam, że niemówienie sobie dokładnie wszystkiego wcale nie umniejsza siły naszej więzi. Przestałam zamęczać Przyjaciółkę wszelkimi moimi przemyśleniami i przeżyciami, jak gdyby to dawało gwarancję bliskości. Choć wiem, że mogę powiedzieć jej o wszystkim, o czym tylko zechcę, a ona wysłucha i będzie się starała to ze mną podzielić. A jeśli nie będzie potrafiła, na pewno powie (jak już nie raz): "Nie umiem cię zrozumieć, ale chcę z tobą być". Czasem żartuję, że lepiej niż ona zna mnie tylko Pan Bóg. Przestałam też mieć jej za złe, że mówi mi tak niewiele. Nauczyłam się pytać o to, co chcę wiedzieć, i odkryłam, że ona wcale nie broni się przed moimi pytaniami. I zawsze kiedy tego potrzebuję, Paulina mnie przytula, to znaczy jej cienka postać przygarnia równie cienkimi ramionami moją postać, która w tym kontekście wypada jako dość rosła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego dnia, kiedy złożyła wymówienia, długo nie wracała i nie odbierała telefonu. Zaczęłam się bać, że z rozpaczy po przejściach w biurze poszła się rzucić do Wisły. Okazało się, że była na rozmowie w firmie, która wkrótce ją zatrudniła. Ja zresztą też po miesiącu od rozstania z moim koszmarnym szefem znalazłam nową pracę. Przeżyłyśmy więc traumatyczny moment zupełnie inaczej, ale obie się przekonałyśmy, że dobre decyzje, nawet jeśli są ryzykowne, przynoszą dobre owoce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Różnic między nami jest jednak znacznie więcej. Mamy inny styl ubierania (do tego ja mam zwykle zauważalny makijaż); ja lubię nowinki elektroniczne, Paulina raczej od nich stroni; ona jest fanką sportu, ja zwykle nie wiem, kto z kim konkuruje i komu należy kibicować (na szczęście mogę ją o to zapytać); u mnie można dopatrzeć się trochę snobizmu, jej rzeczy "na pokaz" są obojętne; ja zwykle lekceważę infekcje i dopiero jak już zupełnie sobie nie radzę, idę do przychodni po zwolnienie i receptę; ona ("dziecko służby zdrowia" - jak ma zwyczaj podkreślać w związku z pracą swojej Mamy) w pierwszym dniu kataru odwiedza aptekę, w drugim - lekarza; w nazywaniu uczuć jej przypadłość stanowi daleko posunięta ostrożność, moją - używanie od razu wielkich słów; mojej podatności na uleganie opiniom innych odpowiada jej umiejętność dystansowania się wobec nich; gdy ona namiętnie biega do teatru (czasem mnie tam wyciąga), ja zwykle redaguję teksty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale za to mamy podobne upodobania estetyczne, obydwie jesteśmy idealistkami i kochamy książki. I uwielbiamy plotkować - ale tylko między sobą (choć zdarzyło się, że przez pomyłkę wysłałam "plotkującego" sms-a do osoby oplotkowywanej zamiast do Pauliny… ;) )! A przede wszystkim żyjemy w świecie tych samych wartości. Dlatego się rozumiemy. Tylu rzeczy przecież nie trzeba wyjaśniać, gdy się oddycha tym samym powietrzem, nadaje na tych samych falach, odczuwa - ach, użyjmy górnolotnego określenia - wspólnotę ducha. Może to właśnie stanowi niezachwiany fundament tej przyjaźni?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość szybko chyba poznałyśmy swoich Rodziców, to znaczy Paulina - moich, a ja - jej (z czasem nawet zaczęłam się do nich zwracać "Pani Mama" i "Pan Tata"). Oczywiście, ona zna też moją siostrę, a ja - jej braci bliźniaków, których jednak nadal nie potrafię odróżnić… ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnym momencie jednak pomiędzy nami, a konkretniej: w życiu Pauliny, pojawiła się jeszcze jedna postać. On - Łukasz. Pamiętam, jak leżałyśmy w jej łóżku, i czytałyśmy artykuł w babskim magazynie, który przywiozłam od Mamy: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Babska przyjaźń na zakręcie&lt;/span&gt;, punkt pierwszy: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Facet na horyzoncie&lt;/span&gt;. Tak, w pewnym sensie to był zakręt. Moja Przyjaciółka miała dla mnie mniej czasu, kto inny bardziej stawał się dla niej oparciem, w dodatku musiałam się na jakiś czas przyzwyczaić, że mówi głównie w liczbie mnogiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście ten zakręt nie okazał się śmiertelnym wirażem, bo - wybacz, Łukaszu! - facet mojej Przyjaciółki nigdy mnie nie pociągał. A jednocześnie od razu go polubiłam i on chyba polubił mnie. I tak się to wszystko z czasem poukładało, że nie tylko nie straciłam Przyjaciółki (która z czasem wróciła nawet do liczby pojedynczej), ale zyskałam Przyjaciela. To on ochrzcił mojego VW lupo Błękitną Strzałą (z racji koloru i pojemności silnika 1.0), naprawiał zlew w kuchni i odtykał umywalkę w łazience, pomagał przy montażu odnowionych drzwi, przywiózł Paulinę i wezwał pogotowie, gdy się mocno rozchorowałam, a innym razem, gdy chora leżałam w łóżku, na pożegnanie zajrzał jeszcze do sypialni i powiedział: "Jakby co, dzwoń, nawet w nocy, to przyjedziemy".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo w po jakimś czasie moi Przyjaciele zamieszkali razem. A po potem się pobrali. Pamiętam, jak ważna czułam się w dniu ich ślubu. Byłam też straszliwie przejęta. Gdy szykowałyśmy się w panieńskim pokoju Pauliny w mieszkaniu jej Rodziców w Radomiu, to ja zasłabłam. I oznajmiłam Pannie Młodej, że nigdy więcej ma mi tego nie robić, że to ostatni raz, kiedy zgadzam się na jej ślub. ;) Szybko się jednak z osłabienia pozbierałam - wszak miałam do spełnienia ważną rolę. Bo to, że będę świadkiem, ustaliłyśmy chyba na długo przedtem, zanim moja Przyjaciółka spotkała swojego wybranka. Wznosząc specjalny toast na weselu, żartowałam, że biedny Pan Młody, chcąc Paulinę, musiał ją przyjąć z "dobrodziejstwem inwentarza", czyli ze mną jako jej przyjaciółką. ;) Zresztą, do tej pory nieraz powtarzam, że ona i ja mamy dłuższy staż w przyjaźni niż ona i on w miłości. ;) Zacytowałam też pewnego dominikanina, który twierdził, że kobieta potrzebuje nie tylko dobrego męża, ale i mądrej przyjaciółki - żeby Paulina uświadomiła sobie, że jest szczęściarą, bo ma jedno i drugie, a Łukasz pamiętał, że jestem konieczna! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ich domu czuję się zawsze chcianym gościem. Czasem nawet najważniejszym? Pamiętam taką imprezę w stylu rumuńskim. Oglądaliśmy zdjęcia z wyprawy naszego znajomego  do Rumunii, słuchaliśmy muzyki z tych terenów, czytaliśmy rumuńską poezję, a tamtejszym winem popijaliśmy rumuńską potrawę. Za tę ostatnią odpowiedzialna była Paulina i... podmieniła widniejącą w przepisie rybę na kurczaka, bo ja nie lubię ryb. ;) A gdy gości nie ma, Łukasz dobrze wie, że potrzebujemy z jego Żoną chwil sam na sam. Dlatego po wspólnej pogawędce zwykle znika w drugim pokoju i znajduje sobie zajęcie, puka, gdy chce do nas wejść, i taktownie udaje, że niczego nie zauważa, gdy - bo tak się czasem zdarza - wypłakuję się Paulinie w rękaw. Ale czasem potrzebuję pogadać z nimi obojgiem - zawsze wtedy mogę liczyć na wsparcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba najpiękniejszym dotychczasowym wyrazem ich troski o mnie było całkiem niedawne zajście. Rzecz dotyczyła sytuacji, w której musiałam dokonać wyboru. Oni byli raczej przeciwni temu, ku czemu ja się skłaniałam. Najpierw podczas spotkania przy dużym słodkim torcie w Chado na Chmielnej Paulina wygłosiła absolutnie zaskakującą perorę. Przy czym owo zaskoczenie nie wynikało z tego, CO, ale JAK mówiła. Chyba po raz pierwszy moja Przyjaciółka mnie przegadała! Ona wręcz nie dopuszczała mnie do głosu (przyznała potem, że to dlatego, żebym nie zaczęła jej przekonywać do swoich racji)! Wygłaszała swą mowę zdecydowanie i nieco podniesionym głosem. Tak stanowczej chyba jej jeszcze nie widziałam. Wzruszyłam się. Bo czułam w tym prawdziwe zatroskanie i… miłość. Jakiś czas później spontanicznie rozmowę sam na sam ze mną podjął Łukasz. Przedstawili zasadniczo te same argumenty (na pewno przedyskutowali sprawę, nawet jeśli nie uzgadniali, że ze mną - zwłaszcza osobno - porozmawiają), choć nader wyważonym tonem, spokojnie, dobierając słowa tak, by nazwać rzeczy konkretnie, acz delikatnie. Czy to nie wspaniałe mieć takich przyjaciół?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to nie opowieść o naszej trójce, więc koniec o Łukaszu. O Paulinie zaś trzeba powiedzieć - skoro już mowa o dylematach czy, ogólnie, problemach - że wypracowała pewien swój sposób postępowania z moimi dołami. Kiedyś czułam do niej żal, że nie potrafi ze mną rozmawiać o moich kłopotach, roztrząsać ich i analizować pod każdym kątem (do czego ja mam wyjątkowe predyspozycje). Aż zrozumiałam, że to nie jej niechęć czy ucieczka. Ona po prostu stara się zawsze zrównoważyć to moje grzebanie się w smutku. Więc na początek pomija mojego doła milczeniem - to środek zapobiegający jego pogłębianiu. A potem robi wszystko, by go zasypać rozmaitymi radosnymi rzeczami (robi coś dobrego do jedzenia, wyciąga mnie gdzieś, dokonuje przeglądu fajnych rzeczy w moim życiu). I tylko czasem ulega mojej potrzebie pomarudzenia trochę na temat tego, co boli. I wtedy zawsze włącza jej się ten arcyracjonalny stanowczy ton (myślę o nim teraz z uśmiechem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A do bronienia mnie przed tymi, którzy wyrządzają mi krzywdzę, służą mojej Przyjaciółce… anonimy! Takie z tekstem wyklejonymi czcionkami wyciętymi z gazety. Nie pamiętam, skąd się to wzięło, ale chyba któregoś razu Paulina zaproponowała, że postraszy kogoś w mojej sprawie anonimem. Bardzo jej się ten pomysł spodobał. I odtąd zawsze, kiedy mam z kimś na pieńku, ona deklaruje wysłanie mu anonimu. Czy kiedykolwiek naprawdę to zrobiła? Nie wnikam… ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko żeby nie wyszło na to, że głównie się razem smucimy. Z nikim bowiem nie jest tak cudownie śmiać się do łez jak z Pauliną. Uwielbiam ją rozśmieszać (nieskromnie przyznam: jestem w tym niezła… ;) ), a ona chyba lubi zaśmiewać się z moich żartów. Umiemy się też razem dobrze bawić. Pamiętam takiego sylwestra: Łukasz wyjechał, byłyśmy same w moim mieszkaniu i… miałyśmy szampańską zabawę (szczegółów nie podam)! ;) Bardzo wesoły był też nasz wyjazd do Sopotu. Gdy wreszcie znalazłyśmy nocleg, postanowiłyśmy szybko pobiec się wykąpać w morzu, tak by zdążyć, zanim znów zacznie padać. Jak dotarłyśmy do plaży, właśnie wciągano na maszt czarną flagę... A po chwili lunęło. Trochę więc wykąpałyśmy się w deszczu, a ja potem dodatkowo w… kawie, którą niemal w całości wylałam na siebie w kawiarni (panią za ladą poprosiłam o ścierkę, podała mi jakieś maleństwo, "Proszę pani, ale ja BARDZO wylałam tę kawę…" - wyjaśniłam i… przysłano sprzątaczkę z mopem i wiaderkiem - urządziłam spektakl dla wszystkich gości; Paulina umie ocenić teatr, ja go urządzam… ;) ). Prałyśmy potem pod prysznicem w wynajętym lokum mój gruby pomarańczowy sweter. Mamy z tej wyprawy śliczne fotografie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmiech do łez zdarzył nam się kiedyś przy… modlitwie. Chciałyśmy razem odmówić koronkę do Miłosierdzia Bożego i któraś z nas pomyliła się we &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wierzę w Boga&lt;/span&gt;. Taki drobiazg, ale długo nie mogłyśmy się uspokoić. Potem Paulina opowiadała mi, że przypomniało jej się to, gdy próbowała pomodlić się z Łukaszem, i… znów zaczęła się śmiać! A skoro o modlitwie mowa… Razem też chodziłyśmy na niedzielną mszę o 17.00 u dominikanów w Krakowie, by słuchać kazań o. Piotra. Byłyśmy w nim zakochane. Kiedyś mojej Przyjaciółce wyrwał się stłumiony okrzyk: "Mój ukochany!", ja zaczęłam to komentować, a jakaś pani zwróciła nam uwagę, że w kościele się nie rozmawia - poczułyśmy się jak zestrofowane nastolatki. Kiedyś - w święto 3 Maja - po mszy u dominikanów zostałyśmy na nabożeństwie majowym. Zamiast zwykłej czytanki przed litanią ojciec prowadzący nabożeństwo zaczął wykrzykiwać (tak, tak, wykrzykiwać) bogoojczyźniane kazanie (kilka lat później spotkałam go u dominikanów w Warszawie - od razu rozpoznałam tę stylistykę!). Ja - wrażliwa na słowa płynące z ambony - wydałam z siebie westchnienie rozpaczy. Na co Paulina - pełna zrozumienia - szepnęła: "Jeśli będziesz grzeczna, to potem pójdziemy na lody".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo po tych mszach u dominikanów wybierałyśmy się często na spacer po Rynku czy Plantach. Obowiązkowym punktem programu były wtedy gofry (opychałyśmy się nimi także w Sopocie, w Warszawie kultywujemy ten zwyczaj w Łazienkach), których część zwykle lądowała na moim ubraniu. Pewnego razu z dumą oznajmiłam, że udało mi się nie pobrudzić, i wtedy odkryłam długi czekoladowy zaciek na mojej zielonej spódniczce… Co zrobiła Paulina? Wybuchnęła śmiechem! Ja zresztą też…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasza pierwsza kłótnia zdarzyła się wtedy, gdy Paulina przyjechała do mnie do Wiednia - pod koniec mojego pobytu na stypendium. Czekałam na nią podekscytowana i myślałam, że wbrew temu, co się mówi, że kłótnie między przyjaciółmi są nieuniknione, nie wyobrażam sobie pokłócić się z Pauliną. Tymczasem pokłóciłyśmy się niemal od razu. Przestałyśmy ze sobą rozmawiać. W końcu jednak trzeba się było przerwać milczenie. Moja Przyjaciółka rzuciła mi wtedy dramatyczne pytanie: "Co teraz z nami będzie?". Ale mnie nawet do głowy nie przyszło się z nią "rozwodzić". Pogodziłyśmy się. Odtąd zawsze gdy dochodziło do nieporozumień - większych (zwłaszcza jedno z nich - jeszcze w czasów krakowskich - do dziś trudno mi wspominać) i mniejszych - czułyśmy ogromną determinację, by się pojednać. Nawet gdy musiałyśmy przyjąć do wiadomości, że nie da się uzgodnić naszych stanowisk, że każda z nas zostaje przy swoim zdaniu. Bo miałyśmy pewność obustronnie dobrej woli. Nawet gdy nie zgadzałam się z Pauliną, byłam pewna, że nie chciała zrobić nic przeciwko mnie, czasem nawet starała się mnie po prostu chronić. Takie sytuacje nauczyły nas szacunku wobec siebie i - jak się zdaje - kochania się wbrew racjom, na które nie możemy przystać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak w każdym dobrym związku, i w naszym funkcjonuje czułe, a w każdym razie takie tylko nasze, zwracanie się do siebie. Lata temu stworzyłam dla niej zdrobnienie "Poli", którego - w przeciwieństwie do "Borku" (od jej panieńskiego nazwiska) - używam tylko ja. Mnie nikt poza nią nie nazywa Madziulem (lubię to - proszę spojrzeć na adres bloga… ;) ). W zeszłym roku na imieniny dostałam od niej oprawioną wyklejankę z dziewczynką podpisaną czcionką wyciętą z gazety (o zamiłowaniu mej Przyjaciółki do anonimów była już mowa): "madziul". Stoi teraz na moim biurku (wszak tam trzyma się fotografie najbliższych ;) ). Są jeszcze dwa tylko dla nas dostępne skróty: Tp i Tm - co znaczą, nie zdradzę, choć może nietrudno się domyślić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naszymi ulubionymi postaciami są Pat i Mat z czeskiej bajki &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sąsiedzi&lt;/span&gt;. Ona utożsamia się oczywiście z Patem (P jak Paulina i Pat), ja - z Matem (M jak Magdalena i Mat, poza tym mamy podobne nosy). I najpierw ona kupiła mi Mata, a potem ja jej Pata. Choć z tymi dwoma konkurują Prosiaczek i Puchatek. Zakochana w śwince Poli mnie odruchowo przydzieliła w tej parze rolę żarłocznego misia (może nic w tym dziwnego, jeśli się weźmie pod uwagę moją miłość do słodyczy, o różnicy tusz zdążyłam wspomnieć). Że to takie niepoważne? Cóż, w tym wypadku i ja nie zamierzam się przejmować opiniami innych. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak minęło ponad dziesięć lat tej przyjaźni. My się zmieniłyśmy i nasza przyjaźń się zmieniła; my dojrzałyśmy i nasza przyjaźń dojrzała. Okrzepła, umocniona przez próby i tyle wspólnych przeżyć (przywoływanych tylekroć magiczną formułą "A pamiętasz, jak…?"), a jednak zachowała wymiar radosnego święta. Bo tak naprawdę każde nasze spotkanie jest jak celebracja. Dlatego zawsze się staramy podkreślić jego wyjątkowość, choćby przez dobre jedzenie czy specjalne miejsce, czasem drobny, ale zawsze znaczący prezent.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy mamy receptę na udaną przyjaźń? Nie. Nawet kiedyś zastanawiałyśmy się nad tym i nic nie wymyśliłyśmy. Mamy za to poczucie, że zostałyśmy naszą przyjaźnią obdarowane, choć i same nieźle się nad nią napracowałyśmy. Że z jakichś powodów nam się udało. I że jesteśmy za to wdzięczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś są 30. urodziny mojej Najlepszej Przyjaciółki. Ten tekst jest specjalnie dla niej - taki prezent.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A na koniec - też specjalnie dla Ciebie, Paulino - fragmencik, który w pełni zrozumieć możesz tylko Ty:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Puchatku!&lt;br /&gt;- Co, Prosiaczku?&lt;br /&gt;- Nic - rzekł Prosiaczek, biorąc Puchatka za łapkę - chciałem się tylko upewnić, czy jesteś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kocham Cię, moja Poli!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(na fotografii, zrobionej przez Kubę, Poli i ja pewnego ranka w krakowskim mieszkaniu przy Rusznikarskiej - ważnym dla nas miejscu)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-6820403080968961891?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/6820403080968961891/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/04/najlepsza-przyjacioka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/6820403080968961891'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/6820403080968961891'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/04/najlepsza-przyjacioka.html' title='Najlepsza Przyjaciółka'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IXXarDO5I/AAAAAAAACR8/gm83U0iaEzM/s72-c/F1020001.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-6699615673807044776</id><published>2010-01-19T00:15:00.022+01:00</published><updated>2010-04-12T23:06:55.481+02:00</updated><title type='text'>Krzesełko w poczekalni</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Ifjrn4CbI/AAAAAAAACSk/K8oYAyDp8Qg/s1600/350527_chairnobyl.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 201px; height: 270px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Ifjrn4CbI/AAAAAAAACSk/K8oYAyDp8Qg/s400/350527_chairnobyl.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458960396192319922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Tak się składa, że sporo czasu spędzam w poczekalniach lekarskich. Są to miejsca, w których panuje specyficzna atmosfera i formuje się oryginalna wspólnota. I nic w tym dziwnego, skoro łączy nas stan (czekanie) i cel (spotkać się z lekarzem). Stąd też biorą się tematy rozmów. W końcu ile można wytrzymać bez mówienia, gdy się tak siedzi i siedzi, w dodatku w dość licznym towarzystwie?!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Zaczyna się najczęściej od tego, że ten lekarz tak długo nie przychodzi. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak to właśnie u nas wygląda, że się pacjenta nie szanuje, że zupełnie roboty sobie zorganizować nie potrafią, więc co się dziwić, że cały ten interes tak kiepsko działa, że kawa i plotki ważniejsze i takie tam... Chyba że uczestnicy debaty okazują się wyrozumiali. Wtedy dochodzą do wniosku, że pewnie jakaś operacja się przedłużyła albo że służba zdrowia tak pracą zawalona, że nie wyrabia. Zwykle jednak - trzeba to przyznać - dominują tony narzekające.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale skoro już doktora nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie, to chociaż wykorzystajmy czas na rozmowę o tym, co nam dolega, jak się to objawia, od kiedy trwa, jakie są zalecenia i leki. Wszystko zaś okraszane opowieściami o podobnych przypadkach, które stały się udziałem znajomych - mniej więcej według schematu: "Ja mam, wie pani, ...", "Tak, tak, wiem, moja znajoma też to miała i...".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarza się, że w grupie wyłania się samozwańczy lider. Na początku każdy przychodzący sam ustala swoje miejsce w kolejce i numer gabinetu, którego drzwi oby otwarły się przed nim jak najszybciej ("Przepraszam, kto z państwa ostatni do doktora... / do gabinetu numer...?"). Potem nad kolejnością i objaśnianiem nowo przybyłym panującego porządku czuwa już lider ("Pan jest po tej pani"). On też zbiera opinie na temat powodów przedłużającej się nieobecności lekarza ("Uuu, pani to poczeka, bo my tu czekamy tyle czasu, a lekarz..."), czasem przedstawia innych czekających ("Ta pani była tu już o 6.30, a z daleka przyjechała"), ewentualnie dokonuje inwentaryzacji schorzeń ("A pan na co?").&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale ostatnio przytrafił mi się w tej dość przewidywalnej rzeczywistości zupełnie nierutynowy incydent. Do kliniki przyjechałam wraz ze znajomą (mamy wspólne terminy badań) taksówką, która miała na nas czekać (płaci za to firma farmaceutyczna, "normalnego" pacjenta na taki luksus nie stać...). Pani doktor jednak utknęła na sali operacyjnej, więc oczekiwanie na nią straszliwie się przedłużało (to właśnie dzięki temu i dzięki pewnej starszej pani - liderce - ostrzegłam swoistość poczekalniowego środowiska). W trzeciej godzinie wpadł do budynku zniecierpliwiony i zmarznięty (wszak zima w tym roku nas nie oszczędza) kierowca - jak dla mnie, uosobienie stereotypu warszawskiego taksówkarza: ortalionowa kurtka z lampasami, dzianinowa stercząca czapka, duże okulary w rogowej oprawie, starszy wiekiem. I zaczął się wściekać: że on tu dłużej stać nie będzie, że wypisuje nam rachunek i odjeżdża, że kto to widział, żeby tyle czasu, i takie tam (jak się potem okazało, sam miał wczesnym popołudniem wizytę u lekarza, dlatego mu się tak spieszyło). A ponieważ stał przy wyjściu, a my siedziałyśmy w głębi korytarza, poczekalnia zamieniła się w widownię. Na szczęście Małgosia stanowczym tonem spacyfikowała pana kierowcę, bo inaczej - tak przypuszczam - w awanturę zaangażowałyby się inne osoby obecne w poczekalni. Może nawet ktoś ze szpitalnej administracji by się pojawił? Moją towarzyszkę zajście zdenerwowało, ja - choć o zachowanie stoickiego spokoju nie należy mnie w tym wypadku podejrzewać -  czułam się jak wpisana w groteskę, toteż przede wszystkim chciało mi się śmiać. ;) Skończyło się na opuszczeniu kliniki bez spotkania z lekarzem i przełożeniu wizyty na inny termin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te obrazki z poczekalni w gruncie rzeczy są zabawne i właściwie zamierzałam je opisać tylko jako scenki rodzajowe (albo nawet jedną zbiorczą scenkę), zwłaszcza że sama jestem raczej zdystansowanym obserwatorem niż uczestnikiem zdarzeń i wolę poczytać książkę niż rozmawiać o chorobach. Ale teraz tak sobie myślę, że one ilustrują coś istotnego i głębokiego. Otóż ludzie - bez względu na okoliczności, w jakich się spotykają - czują potrzebę tworzenia wspólnoty, dzielenia doświadczeń, podejmowania rozmowy, nawet jeśli po niedługim czasie rozstają się na zawsze, bo los już nigdy nie posadzi ich razem na krzesełku w tej samej poczekalni (właściwie całe moje zaprzyjaźnienie z Małgosią - miłe i szczere - opiera się rozmowach toczonych przed lekarskim gabinetem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To chyba ważna informacja o nas samych. Ale wnioski, jakie mogą z niej wynikać, sobie podaruję, żeby nie popadać w zbędny patos. :)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-6699615673807044776?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/6699615673807044776/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/01/krzeseko-w-poczekalni.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/6699615673807044776'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/6699615673807044776'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2010/01/krzeseko-w-poczekalni.html' title='Krzesełko w poczekalni'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Ifjrn4CbI/AAAAAAAACSk/K8oYAyDp8Qg/s72-c/350527_chairnobyl.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-9144981555346650515</id><published>2009-12-27T19:52:00.026+01:00</published><updated>2011-01-23T20:08:01.329+01:00</updated><title type='text'>Ziemia Święta</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Id47WM5JI/AAAAAAAACSc/rLxQVqjbqxY/s1600/Ziemia+%C5%9Awi%C4%99ta+402.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 400px; height: 162px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Id47WM5JI/AAAAAAAACSc/rLxQVqjbqxY/s400/Ziemia+%C5%9Awi%C4%99ta+402.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458958562167153810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Obiecałam s. Miriam (zresztą, nie tylko jej), że napiszę o moim pobycie w Ziemi Świętej. Czas obietnicę spełnić.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Wyjazd do Izraela od dawna (chyba od czasu, gdy moi Rodzice wrócili stamtąd pełni wrażeń - ja kończyłam wtedy podstawówkę) był moim marzeniem. Ale nie bardzo miałam odwagę się na tym skupiać, bo sądziłam, że mnie na to nie stać; wciąż postanawiałam wrócić do sprawy, jak się wzbogacę. Aż po pewnych targach książkowych, w których uczestniczyłam głównie służbowo, koledzy położyli mi na biurku zgromadzone podczas tej imprezy foldery, wśród nich zaś katalog pielgrzymkowy. Zabrałam go do domu i któregoś dnia zaczęłam przeglądać. Moją uwagę przykuła oczywiście oferta wyjazdu do Ziemi Świętej i… jej cena. Cóż… Jakby się trochę spiąć finansowo, wykorzystać moje małe oszczędności i doliczyć to, co jeszcze powinnam zdołać odłożyć… Mogę jechać! Tego dnia spotkałam na skypie moją przyjaciółkę Gaffcię (Gaffciu, wybacz, że ja o Tobie pseudonimem, ale to z czułości! ;) ) - w sam raz kompankę na taką podróż. Nieśmiało spytałam, czy nie chciałaby ze mną pojechać. A ona od razu się zgodziła! Potem nastąpiły dogrywanie terminu, załatwianie formalności, przygotowania (także lekturowe) i wreszcie wyjazd (z drżącym sercem i wielkimi - nawet jeśli nie do końca uświadomionymi - oczekiwaniami).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w Ziemi Świętej…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było mi trudno. Z kilku powodów. Jakich? Otóż…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nie jest moja ulubiona forma spędzania czasu: przenosić się niemal codziennie z miejsca na miejsce. W dodatku z dużą grupą obcych mi ludzi, którzy - choć trudno ich za cokolwiek krytykować (no, może za śpiew podczas rejsu po Jeziorze Galilejskim - wymagało nie lada siły woli, żeby z rozpaczy za burtę nie wyskoczyć... ;) ) - po prostu nie byli "w moim typie" (w większości takie grono "znajomych księdza proboszcza" i działaczy parafialnych). Jednego i drugiego (to znaczy częstego przemieszczania się i przypadkowego towarzystwa) należało się oczywiście spodziewać, bo w końcu wybrałam się na pielgrzymkę objazdową organizowaną przez biuro podróży, ale nieco mnie zaskoczyło, że mi z tym chwilami aż tak ciężko. Zwłaszcza na początku tęskniłam za tym, co zostawiłam, i chciało mi się wracać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez prawie cały tydzień miałam kłopoty z żołądkiem, chwilami doskwierające tak bardzo, że przyćmiewały wszystko inne. Z tego powodu - o ironio! - na tej wyjątkowej ziemi (ściśle: w Betlejem) pierwszy raz w życiu wypiłam setkę wódki - polskiej gorzkiej żołądkowej, przyniesionej przez Gaffcię z hotelowego baru (gdzie niemal zaprzyjaźniła się z barmanem, przygotowującym dla mnie lecznicze trunki, bo oprócz gorzałki była herbata - jakże on miał na imię, Mario?). To złagodziło dolegliwości. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Towarzyszyło nam pięciu księży, wszyscy zdawali się poczciwi, ale pozbawieni pewnego charyzmatu, co najboleśniej odczułam w odniesieniu do tego, który został wyznaczony na opiekuna duchowego (uczestnik pielgrzymki, który wybrał się na nią ze sporą grupą ze swojej parafii, nie zaś ksiądz jeżdżący do Ziemi Świętej jako przewodnik). Przewodniczka była naprawdę dobrze przygotowana, chętnie dzieliła się swoją wiedzą, wyświetlała w czasie jazdy ciekawe filmy (np. o konflikcie izraelsko-palestyńskim, islamie czy Miriam - małej Arabce, której historia bardzo mnie poruszyła, ten film można w częściach zobaczyć &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=qea-CR8Qz8E"&gt;tu&lt;/a&gt;) i starała się pokazać nam nawet więcej niż było w programie. Miała też przy sobie Biblię, a w niej pozaznaczane stosowne fragmenty, by je odczytywać w poszczególnych odwiedzanych przez nas miejscach. I fajnie. Tyle że czasem zaczynała mówić podniosłym tonem coś a la kazania, co mnie zwykle po prostu irytowało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wejście na Synaj okazało się przy mojej kondycji niemal nadludzkim wysiłkiem. Gdyby nie to, że chodziło o Górę Mojżesza, w życiu bym się tam nie wybrała. Przewodniczka ostrzegała, że to wymagająca trasa, ale nie chciałam sobie odpuścić, postanowiłam zaryzykować. I poszłam. Dość szybko jednak moje pobożne uczucia ustąpiły na rzecz zniecierpliwionego i załzawionego wołania: "Gdzie, do jasnej cholery, jest ten szczyt?!". Jakieś panie, odpoczywające na kamieniu, widocznie Polki, roześmiały się, słysząc te słowa, ale mi wcale nie było do śmiechu. Zaczęłam myśleć, że wchodzenie na Synaj nocą odbywa się nie ze względu na możliwość zobaczenia wschodu słońca, tylko dlatego, że po ciemku nie widać, ile i po jakiej drodze trzeba przejść... ;) Zresztą, widok całej tej pustyni każe przestać się dziwić Izraelitom, że marudzili, gdy im Mojżesz kazał po niej spacerować... ;) Tu zresztą zdarzył się być może najzabawniejszy incydent podczas całego naszego pielgrzymowania. Otóż wspinającym się na Górę Mojżesza towarzyszą rozstawieni na całej trasie Beduini z wielbłądami, pokrzykujący do zmęczonych śmiałków: "Camel? Camel ride? Wielbłąda?" (i jeszcze po rosyjsku, tylko nie pamiętam, jak to brzmi w tym języku). Wielu korzysta z ich usług i na grzbiecie zwierzęcia, które na mnie robi zawsze wrażenie ironicznie się śmiejącego, dociera w okolice szczytu. No i z czasem można mieć tych rozbrzmiewających wciąż beduińskich zachęt szczerze dość. W każdym razie Gaffcia miała ich dość, podenerwowana dodatkowo moimi słabnącymi siłami (dzielnie wspierała mnie całą drogę!), toteż w pewnym momencie wycedziła do kolejnego nastającego na nas "taksówkarza": "Spierdalaj mi z tym wielbłądem!" (oczywiście jej nie zrozumiał - na szczęście?).  W tych okolicznościach zabrzmiało zaiste komicznie (uwaga na marginesie, a właściwie w nawiasie: tu użycie pseudonimu bohaterki zajścia pozwala tej szacownej osobie zachować - ograniczoną, ale jednak - anonimowość, wskazaną ze względu na niecenzuralność wypowiedzi)! ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem w kolejnych miejscach musiałam się w sobie "dobijać" do nich. Albo inaczej: przebijać się przez to, co narosło przez wieki. Żeby poczuć, że jestem tam, gdzie był Jezus, a nie tylko w kościele, który na tym skrawku ziemi zbudowano. Przedzierałam się przez to, co jest teraz, żeby dogrzebać się do śladów Jezusowych stóp.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doświadczałam więc cierpienia: fizycznego (kłopoty z żołądkiem, zmęczenie na Synaju), psychicznego (częste przemieszczanie się, przypadkowość towarzystwa) i duchowego (brak zachwytu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;deus ex machina&lt;/span&gt;, czego chyba spodziewałam się po opowieściach znajomych osób, które przede mną odwiedziły Ziemię Świętą). Tak, żadnych "ochów" i "achów", tylko cierpienia. Ale też szybko zaczęłam myśleć, że to musi czemuś służyć. I może rzeczywiście służyło. Temu, żebym była czujna. Żebym podejmowała wysiłek spotykania się z Bogiem w przestrzeni naznaczonej Jego obecnością. Żebym się nie prześlizgnęła po powierzchni w ulotnym zachwycie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jeszcze pełniej zrozumiałam to podczas drogi krzyżowej w Jerozolimie. Wszak Jezus podczas niej doświadczał tego samego (oczywiście, nie porównuję stopnia, tylko rodzaj!), czyli każdego rodzaju cierpienia, a mimo to był skupiony na dziejącym się zbawieniu. I pomyślałam, że w życiu trzeba podejmować zmaganie, żeby przekraczać to, co trudne, co boli, nie dać się przez to zdeterminować, lecz dostrzegać dziejące się zbawienie. A nawet kiedy cierpienie jest tak silne, że determinuje (bo czasem wszak i tak się zdarza), to i tak trzeba się trzymać wiary, że zbawienie się dzieje (nawet w tym cierpieniu, przez nie, ale też ponad nim).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarzało się, że gdzieś czułam się tak "estetycznie" miło. Przede wszystkim na górze Tabor i w Ain Karem (tu przestałam się dziwić, dlaczego Maryja została u Elżbiety tak długo: jak już wlazła na taką górę, z której na dodatek rozciągał się taki ładny widok, to Jej się pewnie wracać nie chciało ;) ), gdzie było jakoś tak "przytulnie". Duchowej błogości doświadczyłam w Nazarecie: jakbym przyjechała do rodzinnego domu. Tam też jakoś trafiły do mnie słowa, które Anioł powiedział Józefowi: "Nie bój się...". I zakiełkowała myśl, że nie muszę się w życiu różnych rzeczy bać. A potem to się jakoś dopełniło przy Kościele Ośmiu Błogosławieństw, gdy rozmyślając o nich, poczułam, że życie takim duchem (duchem Błogosławieństw), to znaczy bycie szczęśliwym, wymaga odwagi, bo to normalne i przeciętne nie jest. Przywiozłam zatem w sobie głębokie przekonanie, że żeby być szczęśliwym, trzeba być odważnym - jakkolwiek miałoby się to przekładać na życiowy konkret.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejscem zaś dla mnie najważniejszym, takim, które niemal dosłownie zwaliło mnie z nóg, okazała się Golgota. Znalazłszy się na niej, przestałam myśleć, czuć, chcieć, nazywać - jakbym cała zamieniła się w samo bycie. Bycie tam. I nie chciałam się stamtąd ruszać. Chciałam zostać. Wracałam kilka razy, jakbym nie mogła się oprzeć przyciągającej sile tego wzniesienia, na które dziś prowadzą wąskie kamienne schody. Siedziałam na piętach naprzeciw złoto-srebrnej nastawy ołtarzowej, w pobliżu skalnego zagłębienia - śladu po Krzyżu, którego wcześniej dotykałam rękoma i ustami, schylona tak, że czoło sięgało posadzki, po twarzy płynęły mi łzy. I chciałam tylko tam być, bo tam była Miłość. I gdyby ktoś powiedział mi wtedy: "Odtąd nie będziesz jeść, pić, spać, nic nie będziesz, tylko tu będziesz", to bym się natychmiast zgodziła. I chyba coś ze mnie na Golgocie zostało. Czuję, że gdzieś w sobie ciągle trochę jestem przy tym niewielkim ołtarzu wzniesionym na skale. I nie mam nic przeciwko, żeby tak zostało. Bo chyba można żyć, wciąż trwając przy Ukrzyżowanym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zresztą, Jerozolima w ogóle mną zawładnęła. Cały ten niewymownie frapujący świat: mieszanka muzułmańsko-żydowsko-chrześcijańska z całą jej złożonością i innością. Mam wrażenie, że mogłabym tydzień siedzieć na jerozolimskiej ulicy i gapić się, chłonąc jej urzekającą niezwykłość. Od powrotu tęsknię za tym przedziwnym miastem, jak się tęskni za osobą. Nigdy wcześniej nie doświadczałam takiego uczucia wobec bliskich mi miejsc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W całym tym czasie najcenniejsze były się te chwile kontemplacji, które udawało się wyrwać z pielgrzymkowego pośpiechu. Taki czas robienia fotografii w sobie. Bo aparatu fotograficznego celowo nie wzięłam. Moja przyjaciółka go miała, więc trochę "normalnych" zdjęć też porobiłyśmy. Ale cieszyłam się, że mogę oddać się modlitwie, nie zaś uwiecznianiu interesujących kadrów (co stanowiłoby dla mnie z pewnością kuszącą perspektywę), podczas gdy aktywność grupy czasem przypominała udział w konkursie na obfotografowanie wszystkiego i wszystkich - takie trochę "kto zrobi więcej zdjęć, ten wygrywa". ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wszystko to działo się w sierpniowym upale do 45 stopni, co jednak moje ciało, nawet z połączeniu ze zmęczeniem, całkiem dobrze znosiło. Wszak jestem z tych, co wolą nawet 45 stopni na plusie niż 4,5 na minusie. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz, po powrocie, to, co doskwierało, trochę się zaciera. A zostaje istota. Cieszę się, że byłam w Izraelu. To dla mnie naprawdę ważne. I myślę, że chciałabym tam wrócić, ale już inaczej: sama albo w małej grupie, żeby pobyć i poczuć, i posmakować, nie tylko przebiec, starając się uchwycić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróciłam do mojej warszawskiej rzeczywistości, do zmagania z moimi codziennymi trudami wszelkiego rodzaju. A jednak wciąż rozbrzmiewa w mojej głowie i sercu owo "nie bój się" z Nazaretu, "trzeba być odważnym, żeby być szczęśliwym" z Góry Błogosławieństw i trwanie na Golgocie, gdzie jest Miłość... Nawet jeśli czasem chce się krzyczeć przez łzy: "Gdzie, do jasnej cholery, jest ten szczyt?!". Szczyt, na którym po nocnej wspinaczce można zobaczyć wschód słońca...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, chyba zostało we mnie trochę biblijnego pyłu, kawałek Ziemi Świętej. Deo gratias!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ps. W książce &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dom na Zanzibarze&lt;/span&gt; Dorota Katende pisze: "Z pierwszej wyprawy [na Czarny Ląd] pozostał mi [...] ogromny niedosyt. Dotknęłam Afryki, ale jej nie przeżyłam. Wszystko działo się za szybko i byłam zbyt oszołomiona tym, co tam spotkałam. Wiedziałam, że muszę tam wrócić, i to tak szybko, jak się da. Że muszę się nauczyć Afryki, aby ją przeżyć, że muszę ją przeżyć, aby mieć jej część zawsze w sobie". Tak mniej więcej się czuję po powrocie z Ziemi Świętej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(fotografię zrobiła Gaffcia)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-9144981555346650515?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/9144981555346650515/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/12/ziemia-swieta.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/9144981555346650515'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/9144981555346650515'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/12/ziemia-swieta.html' title='Ziemia Święta'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Id47WM5JI/AAAAAAAACSc/rLxQVqjbqxY/s72-c/Ziemia+%C5%9Awi%C4%99ta+402.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-2135549309114827903</id><published>2009-12-14T20:55:00.017+01:00</published><updated>2010-04-12T22:59:49.558+02:00</updated><title type='text'>Kairos</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8I5q3uhPOI/AAAAAAAACS8/_-RG6ZHEnyE/s1600/1011023_hour-glass.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 132px; height: 237px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8I5q3uhPOI/AAAAAAAACS8/_-RG6ZHEnyE/s400/1011023_hour-glass.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458989107002817762" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Chrześcijanin to człowiek niecierpliwy. Ciągle spodziewa się, wygląda, tęskni. Oczekuje na spełnienie. Jednocześnie chrześcijanin to człowiek cierpliwy i spełniony. Wie, że "jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień" (2 P 3,8), ale On na pewno przyjdzie. Co więcej, już przychodzi, nieustannie jest, hic et nunc.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;Czytałam tekst o adwencie, a w nim o tym, że tęsknota jest liturgią, jaką sprawuje życie, zaś prorok to człowiek, który tak otwiera się na Boga, że w końcu zaczyna patrzeć na świat Jego oczami. Piękne! I o dwóch wymiarach czasu: chronos (czas określany przez nasze kalendarze i zegarki) i kairos (czas obecności Boga).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale słowo "kairos" (pisane wielką literą) odnosi się również do greckiego bożka szczęśliwego zbiegu okoliczności albo… niewykorzystanej szansy. Czas zbawienia, czas przyjścia Boga to szczęśliwy moment, który jednak możemy przegapić…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w Nowym Testamencie "kairos" oznacza czas przełomowych decyzji. Obecność Boga w naszym życiu domaga się konkretnych wyborów...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-2135549309114827903?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/2135549309114827903/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/12/kairos.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/2135549309114827903'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/2135549309114827903'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/12/kairos.html' title='Kairos'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8I5q3uhPOI/AAAAAAAACS8/_-RG6ZHEnyE/s72-c/1011023_hour-glass.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-4216800843672769837</id><published>2009-11-27T20:10:00.016+01:00</published><updated>2010-04-12T22:57:59.539+02:00</updated><title type='text'>Znicz w kolorze nieba</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IjSA4NF9I/AAAAAAAACS0/8eaNc8Oq27U/s1600/196547_angel_1.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 300px; height: 224px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IjSA4NF9I/AAAAAAAACS0/8eaNc8Oq27U/s400/196547_angel_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458964490706819026" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Kończy się listopad - miesiąc szczególniejszej refleksji nad życiem, wspominania tych, co odeszli, częstszego odwiedzania cmentarzy (nawet jeśli zaraz po Zaduszkach ulice miast zaczynają się mienić bożonarodzeniowymi dekoracjami). &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Lubię cmentarze. Są pełne takiej spokojnej, może nawet poważnej, ale przecież nie smutnej zadumy. Lubię spacerować pomiędzy nagrobkami. Zwłaszcza we Wszystkich Świętych i w Zaduszki. Nad cmentarzem unosi się zapach wosku, pod nogami szeleszczą jesienne liście. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Pamiętam, że w dzieciństwie frajdą było robienie we Wszystkich Świętych woskowych kulek na patykach. Zanurzało się patyczek w roztopionym wosku znicza, a potem ten wosk zasychał. I tak kilka razy. Wreszcie formowało się to palcami. I wracało się do domu z takim trofeum. A przed cmentarzem sprzedawano duże pierniki ozdobione kolorowym lukrem, w rozmaitych kształtach. Zawsze czekałam, aż będę mogła takiego dostać.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Oglądam pomniki. Podobają mi się zwłaszcza takie jak na warszawskich Powązkach: anioły uchwycone w ruchu (widziałam nawet jednego, który klaskał, jakby w tańcu), płaczki przytulone do kolumn, kamienne bluszcze oplatające krzyże, kotwice jakby zarzucone w wieczność, misternie wykute krucyfiksy… Czytam napisy, niekiedy porosłe mchem. I rozmyślam o ludziach, których nieprzenikniona historia - z czasów mi współczesnych, tych, o których mi opowiadano, albo takich, które znam jedynie z książek i filmów - zamyka się między wypisanymi na płycie datami urodzin i śmierci. Czasem jest też wizerunek osoby (zwykle na owalnej płytce, rzadziej wyryty w marmurze) czy jakaś dodatkowa informacja (zawód, pozycja społeczna, okoliczności śmierci, wyraz miłości tych, co zmarłego grzebali). I to wszystko. Wszystko o życiu człowieka - z całą jego nieogarnioną indywidualnością i złożonością…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Wyobrażam sobie mój grób, który gdzieś kiedyś stanie. Chciałabym, żeby wyglądał bardzo skromnie. Na nim moje nazwisko. I daty, świadczące o tym, że żyłam na przełomie tysiącleci. To wyobrażenie mnie nie przeraża. Przyjmuję je spokojnie, odrobinę nawet zafrapowana: ciekawe, jak to będzie. Bo na sloganowe: "Życie jest krótkie" mam odpowiedź: "Życie jest wieczne". Po eschatologicznych rozmyślaniach zawsze dochodzę do tej samej konstatacji: nie boję się śmierci. I myślę, że to nie naiwność, lecz ufność… I tęsknota za spełnieniem, pełnią w Bożych ramionach. Przecież po to jestem.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Kiedy odwiedzam grób kogoś bliskiego, raczej patrzę w górę, niż schylam głowę. Tam go wypatruję. Kiedy zapalam znicz, najchętniej wybieram taki z niebieskiego szkła. W kolorze nieba.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-4216800843672769837?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/4216800843672769837/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/jeszcze-listopadowo-czyli-o-cmentarzach.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4216800843672769837'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/4216800843672769837'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/jeszcze-listopadowo-czyli-o-cmentarzach.html' title='Znicz w kolorze nieba'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8IjSA4NF9I/AAAAAAAACS0/8eaNc8Oq27U/s72-c/196547_angel_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-2014898582550668982</id><published>2009-11-26T22:13:00.025+01:00</published><updated>2010-04-12T23:05:49.694+02:00</updated><title type='text'>Osiedlowe mrowisko</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8OHv0Oi6wI/AAAAAAAACUE/vOEKT6T5TvI/s1600/960647_one_size_fits_all.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 296px; height: 219px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8OHv0Oi6wI/AAAAAAAACUE/vOEKT6T5TvI/s400/960647_one_size_fits_all.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5459356428846426882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Od czasu do czasu w pobliżu mojego bloku tak przed południem stają dwa prowizoryczne stoliki, na których rozłożone są damskie ciuszki. Przy nich gromadzą się kobiety (w różnym wieku, niektóre z wózkami dziecięcymi, które chwilowo porzucają) - bywa, że i po kilkanaście naraz. Wszystkie - stłoczone wokół konfekcji - wykonują te same pospieszne ruchy: podnoszą ubranie (wygrzebane z rozbałaganionego stosiku), taksują je wzrokiem i… zwykle odkładają. Pomiędzy paniami kręci się i dogląda interesu właściciel o wyglądzie bramkarza wiejskiej dyskoteki, pociągając papieroska.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt; &lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Prawie słyszę toczące się rozmowy: &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;- Pani, taka okazja, trzeba brać. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;- Tylko, wie pani, czy ten rozmiar będzie dobry? &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;- A to pani sobie zmierzy, pan ma miarkę. &lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Wahająca się klientka spogląda jakby wyczekująco w stronę sprzedawcy, który uchwyciwszy jej wzrok, już spieszy z pomocą, nie wyciągając szluga z ust. Razem mierzą, rozciągają, przykładają, w końcu prywaciarz mówi:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;- No to pani se przymierzy.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Co poniektóra decyduje się pójść za jego radą, czyniąc ze znajdującej się obok betonowej podstawy słupa z bilbordem przymierzalnię.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Za wybrane rzeczy płaci się przy ladzie, czyli na masce starego czerwonego forda. Choć dziś auta nie widziałam, za to na słupie z bilbordem pojawił się wieszak z foliowymi siateczkami do pakowania zakupów. Inne dzisiejsze nowości to młoda kobieta rozmawiająca przez komórkę (czyżby konsultowała z kimś zakupy?) i starsza pani opasująca miarką swego posłusznie unoszącego ręce małżonka (czyżby oferta poszerzyła się o męski asortyment?).&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="text-align: justify; margin: 0cm 0cm 0.0001pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Z okien mojej kuchni na czwartym piętrze, gdzie lubię stawać z kubkiem herbaty czy kawy, mam na tę pospieszną i - bądź co bądź - dość zabawną krzątaninę wspaniały widok (jeśli akurat jestem w domu). To naprawę fascynujące! Jak przyglądanie się mrowisku... ;) &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-2014898582550668982?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/2014898582550668982/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/od-czasu-do-czasu-w-poblizu-mojego.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/2014898582550668982'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/2014898582550668982'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/od-czasu-do-czasu-w-poblizu-mojego.html' title='Osiedlowe mrowisko'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8OHv0Oi6wI/AAAAAAAACUE/vOEKT6T5TvI/s72-c/960647_one_size_fits_all.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-8532149229175190125</id><published>2009-11-24T23:35:00.027+01:00</published><updated>2010-04-12T23:16:33.490+02:00</updated><title type='text'>Wiadomość dnia</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8OECZqLdeI/AAAAAAAACT8/SOsOe6-2JsA/s1600/997219_exclamation_mark.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 133px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8OECZqLdeI/AAAAAAAACT8/SOsOe6-2JsA/s400/997219_exclamation_mark.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5459352350085576162" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Odzyskałam dostęp do pliku, który podczas przeinstalowania systemu szlag trafił (zob. &lt;a href="http://madziul.blogspot.com/2009/10/co-sie-stao.html"&gt;tu&lt;/a&gt;)!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Od wczoraj jestem na zwolnieniu lekarskim.  Przeziębienie jakieś mi się przyplątało, takie z gorączką, i lekarz nie dał się przekonać, że na powrót do zdrowia wystarczą trzy dni, cztery - uznał - to minimum. No to siedzę w domu, owinięta w koc, popijając herbatę z miodem, cytryną, sokiem malinowym i syropem z czarnego bzu produkcji mojej Mamy. I zdrowieję.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mam też więcej wolnego czasu. Pogrzebałam więc dzisiaj w internecie, ściągnęłam bezpłatną próbkę odpowiedniego programu i posiadłam na nowo moje niegdyś napisane teksty. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale z bloga już nie zrezygnuję. Spodobało mi się tu. A nuż kiedyś odzyskam także tę jego wersję, którą niemal zaraz na początku przez nieuwagę usunęłam? No dobra, pewnie nie można mieć wszystkiego... ;)&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-8532149229175190125?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/8532149229175190125/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/wiadomosc-dnia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/8532149229175190125'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/8532149229175190125'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/wiadomosc-dnia.html' title='Wiadomość dnia'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8OECZqLdeI/AAAAAAAACT8/SOsOe6-2JsA/s72-c/997219_exclamation_mark.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-8039757089309303821</id><published>2009-11-18T23:14:00.035+01:00</published><updated>2010-04-12T23:08:59.161+02:00</updated><title type='text'>Uśmiechnięty świat</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8I7df56dyI/AAAAAAAACTE/Gtlv9Pd4k6E/s1600/1200965_happy_ball.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 160px; height: 160px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8I7df56dyI/AAAAAAAACTE/Gtlv9Pd4k6E/s400/1200965_happy_ball.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458991076293113634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;No to się porobiło. Z moją żuchwą mianowicie, a konkretnie ze stawem skroniowo-żuchwowym (dokształcam się dzięki temu w profesjonalnym nazewnictwie medycznym, co za moment będzie widać jeszcze dokładniej) po lewej stronie. Coś tam przeskakiwało, chrupało, trochę bolało, aż wreszcie przeskoczyło, chrupnęło i zabolało tak, że postanowiłam zwrócić się o pomoc do służby zdrowia. Bo mówić i uśmiechać się mogłam, ale jeść nie bardzo... W każdym razie jedzenie przychodziło mi z trudem, a przecież lubię się nim rozkoszować. ;)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Najpierw obdzwoniłam kilka różnych placówek, potem ustaliłam, że muszę udać się do chirurga szczękowo-twarzowego. No to się udałam. Otwarły się przede mną podwoje placówki o wyglądzie rodem z PRL-u, więc z szeroko otwartymi oczami czekałam na dalszy ciąg. Młody medyk pomacał, pozaglądał, dużo doradził (ćwiczenia, lek przeciwzapalny, jedzenie, którego nie trzeba gryźć) i odesłał do protetyka, bo oni tu na chirurgii zajmują się tylko takimi przypadkami, w których żuchwa całkiem nieruchomieje, a moja się przecież wciąż rusza.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;No to zgłosiłam się do protetyka. Młoda lekarka (asystentka lekarza?) wywołała moje nazwisko, a gdy zasiadłam na wskazanym fotelu dentystycznym, serdecznym głosem spytała: "W czym mogę pomóc?". Potem było tylko lepiej. Przyszła pani doktor i dokładnie obejrzała mą żuchwę, po czym poproszono mnie, żeby sobie sfotografowała zęby dookoła (tzw. zdjęcie panoramiczne), pytając jednak przedtem z troską, czy mogę sobie na to pozwolić, bo tego NFZ nie refunduje. Miła pani wykonała fotę mego uzębienia, nie okazując najmniejszego zniecierpliwienia, gdy po wszystkim zbierałam moje rzeczy i wkładałam biżuterię. Doradziła też, gdzie mogę wypłacić pieniądze, bo nie miałam przy sobie wystarczającej gotówki. Gdy wróciłam do pierwszego gabinetu, młoda lekarka (asystentka lekarza?) poprosiła, żebym chwilę poczekała, i choć rzeczywiście nie trwało to długo, przepraszała, że w ogóle czekam. Wreszcie zawołała mnie ponownie i znów przepraszała, ale - tłumaczyła konfidencjonalnym szeptem - warto było, bo zajmie się mną wybitna pani doktor (jedna z najlepszych w Polsce) i normalnie się za to płaci ciężkie pieniądze. Chwilę potem czułam się dosłownie rozpieszczana (jakbym była córką szefa tego całego interesu)! ;) Wybitna pani doktor powiedziała grzecznie "Dzień dobry pani!", a potem grzebiąc profesjonalnie przy moim stawie żuchwowym, za każdym razem, gdy wykonałam nią ruch zgodny z jej poleceniem, wykrzykiwała: "Cudnie!". Zorientowawszy się co mi jest, wydała polecenia pani doktor, młodej lekarce (asystentce lekarza?) i jeszcze jednej młodej kobiecie, która się pojawiła. Zaczęły działać. Przygotowały mi specjalną szynę, która teraz pilnuje mojego stawu, wyjaśniły, jak postępować (co robić, żeby szeroko nie ziewać, jak otwierać buzię, czego nie jeść), wszystko zapisały na kartce, dopytywały, czy teraz boli i czy mi z szyną wygodnie, uspokajały, że zaraz kończymy. Mówiły do mnie niemal z czułością. A na koniec jeszcze wybitna pani doktor wszystko sprawdziła. I umówiłam się na kontrolę. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Dlaczego o tym wszystkim piszę i to tak szczegółowo? Nie, nie ze względu na moją żuchwę. Nie po to, by zastanawiać się nad tym, że mamy takich dobrych specjalistów, a płacimy im tyle i każemy pracować w takich warunkach, że wyjeżdżają za granicę. A nawet nie w celu dokonywania porównań, że ta służba zdrowia to zwykle taka opryskliwa (choć nieraz doświadczyłam życzliwości jej pracowników, na przykład w klinice, w której na stałe się leczę; inna rzecz, że często jest to naznaczone jakąś taką... służbowością), a tu - proszę - taki wyjątek (nie służbowość, lecz właśnie służba). &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Piszę o tym dlatego, że doświadczyłam dobra. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Zawsze byłam i nadal jestem zdania, że kiedy ludzie są dla siebie życzliwi i okazują sobie szacunek, to świat robi się... uśmiechnięty: i dla tych, którzy dają, i dla tych, którzy otrzymują. Czujemy się wtedy ze sobą po prostu dobrze, bez względu na to, w jakich okolicznościach i na jak długo się spotykamy: na co dzień w pracy, co jakiś czas w gronie przyjaciół, regularnie w osiedlowym sklepie, przez kilka tygodni w przychodni lekarskiej, przelotnie na ulicy, w autobusie czy w pociągu. Pojawia się pogodny nastrój i jakaś taka... błogość... Myślę, że ci, dla których zły humor i wieczne niezadowolenie to norma, mają naprawdę ciężkie życie (i jeszcze uprzykrzają je innym). Wiem, czasem bywa smutno albo chce się krzyczeć, i wcale nie chodzi mi o przyklejony uśmiech, przysłowiowe amerykańskie "How are you? Thank you, I'm fine", tylko o wykrzesanie z siebie tyle, ile się da, żeby świat się uśmiechnął. Życie samo z siebie łatwe nie jest, po co je sobie utrudniać?... &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Na koniec zaś niechaj się stanie wiadomym, gdzie się owe dobre rzeczy działy: w Klinice Chirurgii Czaszkowo-Szczękowo-Twarzowej Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus. Więc może to przez szczególne "wezwanie" szpitala?  &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Przypomina mi się taki fragment z Matki Teresy, z którego zacytuję tylko początek i koniec:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;"Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego rękę - jest Boże Narodzenie. [...] Zawsze, ilekroć dozwolisz, by Bóg pokochał innych przez ciebie - zawsze wtedy jest Boże Narodzenie."&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Zawsze wtedy rodzi się Dzieciątko Jezus. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Nie znoszę chodzić do lekarzy. Ale dziś opuszczałam budynek przy Nowogrodzkiej 59, o wyglądzie rodem z PRL-u, naprawdę wesoła. A nad Warszawą po raz pierwszy od wielu dni zaświeciło słońce! &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(60, 48, 50); line-height: 18px;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 0); line-height: normal;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;I żuchwa mniej już boli.  &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;Ps. Gdy skończyłam to pisać, wyrwałam kartkę ze stojącego na moim biurku kalendarza z dobrymi radami. Oto rada na nowy dzień: "Uśmiechaj się jak najczęściej. To nic nie kosztuje i jest bezcenne". :) &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-8039757089309303821?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/8039757089309303821/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/usmiechniety-swiat.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/8039757089309303821'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/8039757089309303821'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/usmiechniety-swiat.html' title='Uśmiechnięty świat'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8I7df56dyI/AAAAAAAACTE/Gtlv9Pd4k6E/s72-c/1200965_happy_ball.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-7759349221907494538</id><published>2009-11-11T22:43:00.043+01:00</published><updated>2010-04-12T23:10:20.125+02:00</updated><title type='text'>Dzwony na Anioł Pański</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8N2XSy5F5I/AAAAAAAACTs/AR7a-uH9Ojs/s1600/DSCN0009.JPG"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 195px; height: 283px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8N2XSy5F5I/AAAAAAAACTs/AR7a-uH9Ojs/s400/DSCN0009.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5459337315857536914" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Kiedy szukałam mieszkania w Warszawie, marzyło mi się, żeby w pobliżu był kościół. Nie bardzo się jednak do tego nawet sama przed sobą przyznawałam, myśląc: "To miasto jest takie duże, wszędzie tu daleko, nie można za wiele oczekiwać, jakoś dam radę i bez kościoła po sąsiedzku". No i znalazłam mieszkanie, z którego do co najmniej czterech kościołów mogę bez problemu dotrzeć na piechotę!... :)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z tym mieszkaniem to była w ogóle zabawna historia. Przeniosłam się do stolicy, większość rzeczy, które zabrałam ze sobą, umieściłam w zaprzyjaźnionym klasztorze, a sama pomieszkiwałam z jedną walizką i jednym plecakiem u znajomej. Przyjechałam w sobotę, a w poniedziałek poszłam do pracy i zaczęłam szukać mojego nowego domu. Chciałam, żeby było tak, jak wtedy, kiedy kupowałam mieszkanie w Krakowie. Obejrzeliśmy ich z Tatą kilka, niektóre oceniłam jako nadające się do tymczasowego zamieszkania, ale dopiero w ostatnim poczułam się jak u siebie. Wiedziałam, że tu będę mogła wracać jak do domu, a nie tylko do miejsca zakwaterowania. Kosztowało najwięcej ze wszystkich, które odwiedziliśmy, ale Tato również nie miał wątpliwości, że należy je kupić.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Warszawie miało być tak samo: wchodzę, czuję, że jestem w moim nowym domu, kupuję. I miało być szybko. Gdy mój ówczesny szef spytał, co z moimi książkami (bo coś z nich było nam potrzebne), a ja powiedziałam, że na razie nie mam do nich dostępu, ale w ciągu jakichś dwóch tygodni nabędę mieszkanie i wtedy je wezmę, zaśmiał się i powiedział: "Dziewczyno, jeśli znajdziesz mieszkanie w Warszawie w dwa tygodnie, to jesteś w czepku urodzona".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale ja byłam uparta. Umówiłam się z Panem Jezusem, że na znalezienie mieszkania mamy dwa tygodnie, i zaczęłam działać. Wychodziłam z pracy i do późnego wieczora jeździłam niemal po omacku po prawie mi wówczas nieznanej Warszawie, poumawiana z agentami nieruchmości często w przeciwległych krańcach miasta i wiecznie spóźniona, bo nie potrafiłam ocenić, ile czasu zajmie mi w tym molochu przemieszczenie się z jednego miejsca na drugie (gdy jakiś czas później trafnie oceniłam czas podróży, moja przyjaciółka rzekła z uznaniem: "Widzę, że zaczynasz się przyzwyczajać do Warszawy" ;) ). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Termin upływał w niedzielę. W piątek siedziałam zmęczona, zapłakana i zrezygnowana, marudząc, że deale z Jezusem się nie sprawdzają. W sobotę umówiłam się na oglądanie jeszcze dwóch mieszkań. Pierwsze było OK, obiecałam dać znać, czy je biorę, jak tylko zobaczę to drugie. Weszłam do drugiego i... poczułam, że jestem w domu. Chciałam od razu zabrać się za formalności, ale właściciel (tak, to była sprzedaż bezpośrednia, żadnych prowizji dla agencji!) z jakichś powodów (bałam się, że czeka jeszcze na odpowiedź innego klienta) proponował wstrzymać się do następnego dnia. Zadzwoniłam do przyjaciela, który oferował, że obejrzy wybrane przeze mnie mieszkanie, żeby sprawdzić, czy jest OK, i oznajmiłam uradowana: "Tak chcę, żebyś je zobaczył, ale i tak je kupię". &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W niedzielę - w dniu, gdy upływał termin mojej umowy z Jezusem - ustaliłam datę podpisania umowy przedwstępnej! &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W poniedziałek oświadczyłam szefowi, że owszem, urodziłam się w czepku! ;)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pamiętam też inną rozmowę. Adaś, który stał się dobrym duchem tego domu, to znaczy pojawia się zawsze, gdy coś tu się wali, przecieka albo nie działa, spytał kiedyś: "Jak długo szukałaś mieszkania w Warszawie?". "Dwa tygodnie". Popatrzył na mnie zdziwiony: "To nie szukałaś. Po prostu kupiłaś!". &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale nie o tym miałam pisać... &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeden z tych czterech pobliskich kościołów to moja parafia pw. Matki Bożej Miłosierdzia (pięknie, prawda?), prowadzona przez księży marianów. W samo południe z wieży rozlegają się dzwony na Anioł Pański. Dziś o tej porze byłam w domu. Przerwałam pracę i zasłuchałam się na chwilę. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pomyślałam: oto Bóg przypomina, że rozbił swój namiot wśród nas, że jest blisko, bliżej nawet, dużo bliżej niż parafialna świątynia. Że tu mieszka - na tym osiedlu, w tym mieszkaniu, ze mną. I we mnie... &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I pewnie ta przydługa historia poszukiwania mojego warszawskiego domu też o tym świadczy, choć wplątała się w tę refleksję trochę niechcący. ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(na fotografii dzwonnica mojej parafii - pozwoliłam sobie skorzystać z parafialnej galerii dostępnej w Internecie)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-7759349221907494538?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/7759349221907494538/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/dzowny-na-anio-panski.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/7759349221907494538'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/7759349221907494538'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/dzowny-na-anio-panski.html' title='Dzwony na Anioł Pański'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8N2XSy5F5I/AAAAAAAACTs/AR7a-uH9Ojs/s72-c/DSCN0009.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-1900088669097308521</id><published>2009-11-03T19:25:00.024+01:00</published><updated>2010-04-12T22:29:12.246+02:00</updated><title type='text'>Sytuacja na polskich drogach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8N9d2fsKVI/AAAAAAAACT0/DYPpZ0ga2To/s1600/foto+054.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 360px; height: 269px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8N9d2fsKVI/AAAAAAAACT0/DYPpZ0ga2To/s400/foto+054.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5459345125101283666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Muszę napisać o sytuacji na polskich drogach. I od razu zapowiadam, że radośnie nie będzie, co pewnie żadnego kierowcy (ani pasażera) nie zdziwi.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Właśnie wróciłam od Rodziców. Pojechałam do nich autem, bo trzeba było Panu Lupo (tak nazywam mojego VW lupo, choć ma on także inną ksywę - Błękitna Strzała - nadaną przez mojego przyjaciela z racji koloru i silnika o gigantycznej pojemności 1,0) zrobić przegląd i zmienić opony, a także - jak się okazało - wymienić klocki hamulcowe. Pan Karol - mechanik, który zna Pana Lupo bardzo dobrze dobrze - zapowiada też wymianę przednich tarczy i tylnych szczęk (cokolwiek to znaczy), czyli zanosi się na dodatkowy wydatek i to w okolicach Bożego Narodzenia. Ale jak się chciało mieć samochód...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No więc Błękitna Strzała i ja jechaliśmy po polskich drogach (ok. 250 km w jedną stronę). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najpierw trafiliśmy na odcinek robót drogowych, ciągnących się od miesięcy, już prawie skończonych. Na szczęście nie porobiono jeszcze wysepek i nie poustawiano ograniczeń prędkości, była sobota, roboty drogowe wstrzymane, więc śmigaliśmy swobodnie. Gorzej z dzisiejszym powrotem. Dzień pracy, roboty drogowe wznowione, podróżujących sporo. I... ruch wahadłowy... Czekania tyle, że wyłączyłam samochód i wyciągnęłam podręczny zestaw do manicure'u. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nieco dalej droga jest już wyremontowana. Szeroka, z podwójnym poboczem, równa i w ogóle śliczna. Tyle że co chwila wysepka i ograniczenie prędkości... Dookoła głównie "pole, pole, łyse pole", ale ty, kierowco, jedź powolutku, tak na wszelki wypadek. No to ja się pytam: po co takie dobre (sprzyjające przyzwoitej prędkości) drogi robić, jak i tak każe nam się jeździć po nich, jakby były pełne kolein i dziur i jakby co kilometr stała szkoła, z której w każdej chwili może wybiec na jezdnię nieostrożne dziecko?! &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dla bezpieczeństwa? Nie jestem piratem drogowym (w VW lupo z silnikiem 1,0 nawet trudno nim być) i piratów drogowych nie znoszę (przez nich czasem klnę za kierownicą... zresztą - niechże się przyznam - nie tylko przez nich... kiedy prowadzę i coś mnie zirytuje, choćby troszeczkę, to pewien rodzaj słów po prostu ciśnie mi się na usta...), ale bez przesady! Nie da się (chyba?) przejechać 250 km z prędkością maksymalną 70 km/h! Stawiam hipotezę, że ustawianie co kawałek ograniczenia prędkości nie poprawia bezpieczeństwa. Bo w praktyce wygląda to tak, że kierowca zwalnia tuż przed znakiem, by tuż za nim się rozpędzić, a potem powtórzyć ten manewr wielokrotnie. Efekt? Kierowca jest co najmniej rozdrażniony (wiem z autopsji), a to bezpiecznej jeździe nie służy.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Oczywiście, są tacy, co niespecjalnie zwalniają. Można i tak, tyle że grozi to dorobieniem się kłopotliwej fotografii. Bo fotoradarów na tej trasie taka ilość, że dałoby się całą sesję zdjęciową zorganizować. Już widzę siebie na kolejnych zdjęciach! Zdjęcie nr 1: pobłażliwy uśmiech; zdjęcie nr 25: zniecierpliwione spojrzenie; zdjęcie nr 50: zęby wbite w kierownice (wyraz wściekłości). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na pewno, tak, na pewno to wszystko ma jakieś uzasadnienie. A jednak ostatnio moje poirytowanie było tak duże, że gdyby zatrzymał mnie jakiś policjant, to chyba na dzień dobry dostałby w zęby.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A na koniec podróży do domu jeszcze koreczki w Warszawie. Miejscami duże. Czasem myślę, że przejechanie przez to miasto bez stłuczki nie dowodzi bynajmniej sprawności kierowcy, lecz jest kwestią szczęścia. Dwa razy mi ono nie dopisało. To jedyne stłuczki, jakie miałam w ciągu kilkunastu lat posiadania prawa jazdy. Obydwie z mojej winy. Za pierwszym razem - w prima apprilis - trafiło na taksówkarza, który natychmiast wezwał policję, i teraz już wiem, co znaczy dmuchać w balonik (prawie się rozpłakałam, choć oczywiście byłam zupełnie trzeźwa) i jak wygląda mandat; za drugim - na dentystę z sąsiedztwa, którego auto dzielnie oparło się uderzeniu, więc spore pieniądze poszły tylko na naprawę Pana Lupo. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dziś jednak dojechałam szczęśliwie, dzięki czemu mogę snuć to rozmyślanie, które wypada zakończyć życzeniem - dla mnie samej oraz dla wszystkich kierowców i pasażerów:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Szerokiej drogi!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(na fotografii "ceremonia" przekazania mi przez Tatę kluczyków do Pana Lupo, tuż po sprowadzeniu go z Niemiec, na podwórku pana Karola, który wystąpił w roli fotografa)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-1900088669097308521?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/1900088669097308521/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/sytuacja-na-polskich-drogach.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/1900088669097308521'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/1900088669097308521'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/11/sytuacja-na-polskich-drogach.html' title='Sytuacja na polskich drogach'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8N9d2fsKVI/AAAAAAAACT0/DYPpZ0ga2To/s72-c/foto+054.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1128945167690903199.post-8471288641315472596</id><published>2009-10-25T17:31:00.027+01:00</published><updated>2010-04-12T22:29:48.867+02:00</updated><title type='text'>Blog, który wyleciał w powietrze, ale powrócił</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Ic3op9XEI/AAAAAAAACSU/EPzxPZfh8RI/s1600/1115855_blog.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 219px; height: 221px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Ic3op9XEI/AAAAAAAACSU/EPzxPZfh8RI/s400/1115855_blog.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458957440458251330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Założyłam blog. Jakieś dwa tygodnie temu. Żeby mieć takie miejsce, w którym mogę przynajmniej próbować zamykać w słowach to, co snuje się po myślach. Bo czasem się chce i już.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wcześniej używałam do tego specjalnego pliku w prywatnym komputerze. Ale po przeinstalowaniu systemu ów plik szlag trafił (niby jest, ale się nie otwiera) i straciłam wszystko, co w nim zapisałam (nawet jeśli nie było tego wiele, to trochę mi szkoda, może spróbuję tu coś z tego odtworzyć). Pomyślałam więc: przeniosę się do sieci, tam mnie żadne skutki uboczne przeinstalowań nie dopadną. I tak zrobiłam.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Sporo czasu zajęło mi ustawianie wszelkich możliwych parametrów. Żeby było po mojemu. Żebym się tu czuła "u siebie". Wpadałam na coraz to nowe pomysły i wciąż coś zmieniałam albo poprawiałam (dzięki temu dość sprawnie poruszam się teraz po pulpicie nawigacyjnym ;) ). Wreszcie dzieło zostało ukończone. Nawet trzy posty stworzyłam, jeden całkiem długi. I przekonałam się, że blogowanie wciąga. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A potem - dzisiaj - znów zaczęłam grzebać w ustawieniach (chciałam tylko coś sprawdzić). I... usunęłam bloga... Niechcący! Po raz kolejny moje pisanie wyleciało w powietrze. Za sprawą mojego własnego nieopatrznego kliknięcia! :(&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale nie dałam za wygraną (jako się rzekło: blogowanie wciąga). Blog powrócił!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1128945167690903199-8471288641315472596?l=madziul.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://madziul.blogspot.com/feeds/8471288641315472596/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/10/co-sie-stao.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/8471288641315472596'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1128945167690903199/posts/default/8471288641315472596'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://madziul.blogspot.com/2009/10/co-sie-stao.html' title='Blog, który wyleciał w powietrze, ale powrócił'/><author><name>Magdalena</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10686811788015491560</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-FkEI8ZNuaic/TXEbJTPNPcI/AAAAAAAAFkQ/qBJOKstKPTQ/s220/IMG_6486_m.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_WDn_otyhUpE/S8Ic3op9XEI/AAAAAAAACSU/EPzxPZfh8RI/s72-c/1115855_blog.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry></feed>
