Ten blog żył przez jakiś czas. I sprawiał mi frajdę. Co więcej, nadal chciałoby się na nim o różnych rzeczach napisać, tylko ciągle czasu brak (na co wskazuje choćby data poprzedniego wpisu, od którego minęło już ponad 2 lata)... Dlatego - tak dla porządku - go zamykam. Co nie znaczy: usuwam (jak widać). Niech sobie wisi w sieci, może ktoś tu jeszcze trafi i poczyta.
czwartek, 27 grudnia 2012
(Nie)kończące się kołysanie
Ten blog żył przez jakiś czas. I sprawiał mi frajdę. Co więcej, nadal chciałoby się na nim o różnych rzeczach napisać, tylko ciągle czasu brak (na co wskazuje choćby data poprzedniego wpisu, od którego minęło już ponad 2 lata)... Dlatego - tak dla porządku - go zamykam. Co nie znaczy: usuwam (jak widać). Niech sobie wisi w sieci, może ktoś tu jeszcze trafi i poczyta.
poniedziałek, 1 listopada 2010
Pierwszolistopadowo
Gdy maszerowałam dziś na cmentarz pod rękę z moją ukochaną prawie dziewięćdziesięcioletnią Babcią, myślałam, jak to dobrze, że mam do kogo tam iść. Bo choć odwiedzanie grobów bliskich przywołuje niegdysiejszy ból rozstania, smutek rozłąki czy gorycz tęsknoty, jest przecież także znakiem naszego zakorzenienia w określone rodzinne (albo - szerzej - międzyludzkie) relacje, wpisania w konkretną ludzką historię i tradycję, konstytuujące naszą tożsamość, udziału w miłości przekraczającej granice pokoleń. Znakiem tego, co stanowi nasze tu i teraz.
A na cmentarzu...
Pogoda była piękna. W złotojesiennym słońcu rosłe bursztynowe brzozy prószyły listkami na smukłe tuje i ozdobione kwiatami i zniczami szare płyty nagrobne. Pachniało lasem i woskiem. Rozgadane tłumy zagłuszały nie najlepiej nagłośnione raczej banalne kazanie. Ja zaś snułam moje rozważanie.
Pochylając się nad mogiłami zmarłych, być może wyraźniej niż kiedykolwiek czujemy, że o więziach, które nas z nimi połączyły, nie chcemy myśleć w czasie przeszłym - jakby zostały przerwane za zawsze. Bo mimo przemijalności tego, co doczesne, jesteśmy pewni, że one trwają, są - nomen omen - żywe. Tyle że na inny, nowy, nieprzemijalny, niedoczesny sposób.
Czy tak odzywa się obecna głęboko w nas metafizyczna (albo mistyczna) intuicja wieczności - inne zakorzenienie: w życiu wiecznym...?
Lubię cmentarze, bardzo - ustanawiają właściwą perspektywę.
(autorem fotografii jest pan Michał Zacharzewski)
niedziela, 5 września 2010
Sroki
Jak dawno mnie tu nie było...! Dziś zatem opiszę coś, czego początki sięgają zamierzchłych czasów, czyli tygodnia przed Wielkanocą. ;)
Wtedy bowiem postanowiłam umyć okna. Na drzewach nie było jeszcze liści. Tańcząc ze ścierką przy szybach w pokoju dziennym, miałam niezwykły widok na dwie sroki (srocze małżeństwo?), które na szczycie drzewa znajdującego się niemal na wyciągnięcie mojej ręki budowały sobie gniazdo. Uwijały się przy tym jak najwprawniejsi budowniczy, precyzyjnie utykając kolejne patyczki. Ja zaś przyglądałam się im zafrapowana, a z mej piersi raz po raz wyrywał się cichy okrzyk zachwytu. Próbowałam też uchwycić ptasią pracę na fotografii, sroki jednak - gdy tylko spostrzegły mnie wychyloną z okna balkonowego - zrywały się na poszukiwanie nowych materiałów budowlanych.
Najpierw postało coś na kształt dolej części kosza, wkrótce uzupełnionej o szeroki pałąk, spełniający funkcję dachu. Wyglądało to tak:

Wkrótce potem nastał maj, a ja wyjechałam na kilka dni. Sporo wówczas padało. I jak to w maju: spadnie deszcz i od razu wszystko się zieleni. Po powrocie z podróży zastałam srocze gniazdo odmiennie ustrojone (w tym czasie też moja siostra, będąc u mnie w odwiedzinach, wypatrzyła w nim pisklęta):

Latem wybujała zieloność drzewa zazdrośnie strzegła mieszkania srok przed moimi oczami:
A teraz powoli zbliża się jesień. Liście zaczynają blednąć:I tylko patrzeć, jak siedziba Państwa Sroków zatonie w żółciach, pomarańczach i brązach. Może wtedy uwiecznię ją po raz ostatni.
Taki to cykl przyrody rozgrywa się za moimi wielkomiejskimi oknami. :)
Ps. A nie mówiłam?! Oto zdjęcie zrobione 25 września 2010:
A to fotografia z 1 października:

wtorek, 4 maja 2010
Hiszpańska celebracja
Krążek z chrupiącej bezy. Na nim świeża bita śmietana, w której ukryte są soczyste kawałki różnych owoców. Potem jeszcze jeden bezowy krążek ze śmietanowym zawijasem i jeszcze trochę owoców. Na czubku kostka z kolorowej galaretki. A wszystko to polane strużkami czekolady...Zaczynasz jeść. Grzecznie, jak należy, widelczykiem. Zjadasz owoce z góry i galaretkową kostkę. Ale gdy tylko zanurzasz widelczyk w górnym bezowym krążku, on pęka. I już nie masz innego wyjścia niż pomóc sobie palcami. Savoir-vivre przestaje być ważny, liczy się tylko ta rozkoszna słodycz. Beza rozkrusza się w twoich dłoniach i rozpływa w ustach. Następnie znów trzeba użyć widelczyka, żeby zjeść śmietanę znad dolnego krążka i zanurzone w niej pyszne owoce. Gdy docierasz do spodu, ponownie lepiej skorzystać z rąk. A na koniec klejącym się już nieco palcem zbierasz okruszki bezy i wkładasz je do umorusanej śmietaną buzi.
I robi się trochę smutno, że to koniec przyjemności. A jednak uśmiechasz się jak dziecko, bo tyle było z tym jedzeniem frajdy.
"Dostojne ciacho, chrupiące bezy, bita śmietana i świeże owoce. Zmiękczy serca największych twardzieli, niegrzeczne dzieci przemieni w aniołki".
Coś w tym jest... ;)
Odwiedzam tę maleńką cukiernię zawsze, gdy jestem w Krakowie (ostatnio byłam tam wczoraj). Tyle rzeczy zmienia się w Grodzie Kraka, a to miejsce, które pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, wiąż takie samo. Z tymi samymi ciastkami i tą samą panią za ladą. Więc siadam w przytulnej sali w głębi, pod witrażowym abażurem, w otoczeniu obrazów z nenufarami, ozdobionych kwiatami z materiału, naprzeciw wielkiego lustra, przy ściance z nenufarowym witrażem dzielącej stoliki i...
Hiszpan.
Celebracja.
:)

(na górnej fotografii hiszpan - ze strony internetowej cukierni Michalscy; na dole ja - na progu celebracji ;) )
niedziela, 25 kwietnia 2010
Szara eminencja książki
Redaktor to nie zwykły zawód - to powołanie. Jak rozpoznać, że się je ma? Jeśli widząc tekst wymagający poprawek, od razu się w nim zakochujesz i nie chcesz go oddać do poprawy nikomu innemu, choćby to wymagało siedzenia po nocach, zaiste, jesteś powołany! ;)Praca redaktora polega na byciu skutecznym pośrednikiem między autorem a czytelnikiem. Ma on im pomóc się skomunikować, porozumieć, spotkać. Dyskretnie, ale w sposób nie do zastąpienia służy więc jednemu i drugiemu, a jednocześnie służy książce, troszczy się o nią.
Autorzy jednak bywają nad wyraz przywiązani do swoich dzieł i każdą zmianę uważają za gwałt na ich słusznym akcie twórczym. Dlatego redaktor staje przed niełatwym zadaniem. Czasem musi bardzo umiejętnie przekonywać i negocjować, gdy jest czegoś pewien. Niemniej tak naprawdę autor potrzebuje redaktora i gdy sobie to uświadomi, szczerze go ceni.
Niedawno gdy napisałam jednemu z autorów, że jego powieść trafiła już do drukarni, odpowiedział: "Czekam jak ojciec przed salą porodową" (nieco później zatelefonował z pytaniem, jak się miewa "nasze dziecko" ;) ). Pomyślałam wtedy, że w takim razie mnie przypada rola akuszerki. I chyba rzeczywiście, ten zawód - przepraszam, to powołanie ;) - kryje w sobie coś z akuszerii. Oto pomagam rodzić się książce! Później ten sam autor wypisał mi zamaszyście na na stronie przedtytułowej swojej książki: "Pani Magdalenie, Matce Chrzestnej...". Niech będzie i matka chrzestna. ;)
Innym razem pewien pan poprosił mnie o autograf na publikacji, którą zredagowałam. Wzbraniałam się, mówiąc, że przecież nie ja ją napisałam, więc autora trzeba poprosić, na co ów pan odrzekł konfidencjonalnie: "Proszę pani, redaktor to czasem nawet ważniejszy niż autor, bo autor pisze, co chce, a redaktor musi z tego zrobić coś, co się da czytać".
Redagowanie więc to nie tylko sztuka języka, lecz także dyplomacja z domieszką psychologii. Redaktor zaś to "szara eminencja" książki - osobistość z drugiej strony strony tytułowej. ;)
Do tego tyle się można dowiedzieć o najrozmaitszych dziedzinach, których dotyczą redagowane teksty. Często są to informacje, do których inaczej nigdy bym pewnie nie dotarła, a które niekiedy przydają się w zupełnie niespodziewanych okolicznościach.
Ze wszystkich tych powodów ta robota daje tyle frajdy. :)
No i dzięki pracy redaktora świat jest bogatszy o kolejną książkę, a to z pewnością nie bagatela!
Oto zaś mój - to znaczy opracowany przeze mnie na własny użytek, więc w żaden sposób niewiążący, choć mogący przydać się innym redaktorom - zawodowy dekalog.
1. Niezależnie od tego, jak długo i rzetelnie tworzono tekst, jego pierwsza wersja jest zwykle daleka od ideału.
2. Autorzy nie lubią zmian.
3. Redagowanie nawet niewielkiego tekstu wymaga odwagi, ale jeśli dojrzejesz do postanowienia: "Zaczynam redagować", czuj się swobodnie przy dokonywaniu własnych wyborów: "Obwaruj jeno swoje męstwo, / A nie chybimy" (Szekspir, Makbet, I, VII, 60; tłum. J. Paszkowski).
4. Czas nie może stać się wrogiem redaktora, bo redakcja to konieczność, a nie luksus, na który ma się nadzieję znaleźć czas, przy czym zawsze należy rezerwować na tę pracę więcej czasu, niż się wydaje, że będzie potrzebne.
5. Wczuj się w sposób myślenia potencjalnego czytelnika.
6. Nie zmieniaj tekstu tylko dlatego, że można go napisać inaczej - wprowadzaj poprawki tylko wtedy, gdy jest to rzeczywiście niezbędne.
7. Małe zmiany mogą wiele ulepszyć.
8. Jeśli czyta się w pośpiechu, czyta się nieuważnie - powolne i uważne przeczytanie tekstu jest najbardziej skuteczną metodą jego sprawdzenia.
9. Im dłużej czyta się jakiś tekst, tym się jest mniej obiektywnym co do jego czytelności.
10. Miej pewność, że ostateczna wersja tekstu jest bezbłędna - on stanowi twoją wizytówkę.
A na koniec jeszcze kilka trafnych cytatów z książki: Gill Davies, Nabywanie tytułów. Organizacja i zarządzanie w redakcji, BMR, Kraków 1997 (rozdział Zawód: redaktor).
"…w jaki sposób redaktor w ogóle znajduje czas na sen. Tyle przecież musi zrobić i o tyle rzeczy się martwić. Praca redaktora, choć daje bardzo wiele, rzeczywiście jest niezwykle trudna i wielu redaktorów ma prawo skarżyć się na brak snu."
"Praca redaktora wymaga od niego przedsiębiorczości, zrozumienia zagadnień finansowych, umiejętności zwracania uwagi na szczegóły, wysokiej produktywności oraz łatwości nawiązywania stosunków z ludźmi i praktycznej znajomości psychologii. To bardzo dużo."
"…zawód [redaktora] jest niezwykle odpowiedzialny i może być stresujący. Nie tylko trzeba się uporać z poważnym obciążeniem pracą, ale także wykazać trudnymi do określenia cechami: łatwością działania i umiejętnością oceny."
"Bez względu na to, jaka droga doprowadziła nas do stanowiska redaktora, wymaga ono od nas zarówno kunsztu, jak i ciężkiej pracy. Jeżeli nie jest to dla nas przeszkoda, przekonamy się, że nasz zawód jest atrakcyjny i urozmaicony, daje nam wpływy, a przede wszystkim jest niezwykle stymulujący. Gdzie indziej trudno o taką zawodową satysfakcję."
"…redaktor może prawomocnie utrzymywać, że jego zawód jest najlepszy."
"Książka jest owocem skomplikowanej współpracy wielu rąk i głów. Każdy, kto brał w niej udział, trzymając książkę w rękach, dostrzega w niej mały cud. Jednak właśnie redaktor może powiedzieć, że - pomijając samego autora - bardziej niż ktokolwiek inny przyczynił się do jej powstawania. To wielka satysfakcja."
niedziela, 11 kwietnia 2010
Żałoba narodowa
Od wczoraj moja ojczyzna jest pogrążona w autentycznej żałobie z powodu śmierci ponad prawie 100 osób, które zginęły w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem.Nie będę się starała zamknąć w słowach tego, co się wydarzyło i co dzieje się na naszych oczach. Wielu próbuje to robić, lecz i tak chyba wszyscy czujemy, że zostaliśmy postawieni przed czymś nieogarnionym.
Ale jestem dumna, że żyję w kraju, w którym spontaniczną reakcją na tragedię jest wspólna modlitwa i śpiewanie pieśni patriotycznych albo po prostu wspólne milczenie, ceremonię powitania trumny z ciałem prezydenta otwiera duchowny, a politycy okazują się ludzcy, mówią o perspektywie sięgającej poza doczesność i nie wstydzą się płakać, a także klękać, czynić znak krzyża i przyjmować Komunię świętą w świetle jupiterów. W kraju, w którym pojęcia "Bóg" i "Ojczyzna" wciąż wiele znaczą.
Moja Mama w rozmowie przez telefon - wiedząc, że wybieram się na mszę - powiedziała mi dziś: "To pomódl się... za Polskę".
To przedziwne. Dokładnie 5 lat po śmierci Jana Pawła II (niekoronowanego króla Polski), tego samego liturgicznie dnia (sobota w oktawie Wielkanocy - wigilia Święta Miłosierdzia) ginie polska głowa państwa. I to pod Katyniem - w kolejną rocznicę dokonanej tam zbrodni na polskich oficerach.
Przypominają mi się słowa, które Jezus wypowiedział do św. s. Faustyny: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje" (Dz 1732).
Kryje się w tym coś mistycznego...
To wszystko brzmi tak podniośle? Bo takie jest.
Ja zaś jestem patriotką.
środa, 7 kwietnia 2010
Najlepsza Przyjaciółka
Uniwersytet Jagielloński, początek roku akademickiego 1999/2000, lektorat języka angielskiego - pierwsze zajęcia, zdaje się: w siedzibie Instytutu Ochrony Środowiska, którego krętą klatkę schodową zapamiętałam jako zieloną. Sala była nieduża. Obok tej dziewczyny w okularach o dość grubej ciemnej oprawce, uczesanej w dwa albo kucyki, albo warkoczyki (raczej warkoczyki), w ostatniej ławce po prostu zobaczyłam wolne miejsce, dlatego poszłam tam usiąść. Tak się poznałyśmy i tak to się zaczęło.Tego dnia dowiedziałam się na pewno, że ma na imię Paulina. Czy również tego, że studiuje nie jak ja polonistykę nauczycielką, tylko teatrologię też - nie wiem, to było dawno. Jakiś czas później na zajęciach umówiłyśmy się u mnie. Rozrysowałam jej na kartce dokładną mapę, jak do mnie trafić. Chyba jadłyśmy wedlowskie delicje.
Odtąd spotykałyśmy się dość często. Na uczelni, w domu, na mieście - różnie. Toczyłyśmy rozmowy na tysiące tematów, coraz bardziej zachwycone sobą nawzajem. Pamiętam tak ogromnie wzruszające wyznanie Pauliny po latach, że czuła się mną zafascynowana i chciała być blisko mnie. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Spontanicznie przyjmowałam jej obecność jako zaskakujący prezent.
I tak - od spotkania do spotkania, od rozmowy do rozmowy - stałyśmy się przyjaciółkami, ba!, najlepszymi przyjaciółkami. Taką najlepszą przyjaciółkę, jeśli już się ją znajdzie, ma się jedną w życiu. I ma się ją na całe życie. Chyba nie potrafiłybyśmy wskazać konkretnego momentu, kiedy się to stało. Po prostu się stało - jakoś to sobie uświadomiłyśmy - i… zostało.
Choć tak wiele się wydarzyło…
Najpierw skończyłyśmy studia i Paulina przeprowadziła się do Warszawy, a ja zostałam w Krakowie. To był trudny rok - swego rodzaju próba tej przyjaźni. Ja przeżywałam dość nieciekawy czas, czułam się samotna i zagubiona, moja Przyjaciółka próbowała poukładać sobie życie w nowej rzeczywistości. Nie miałyśmy stałego dostępu do Internetu, wymieniałyśmy więc rzadkie maile, a do tego nieczęsto rozmawiałyśmy przez telefon, bo telefony drogo kosztowały, nie mówiąc o spotkaniach, na które mogłyśmy sobie pozwolić tylko wyjątkowo.
Niecały rok później i ja przeniosłam się do stolicy. Zamieszkałyśmy razem. Zaczęła się sielanka? Bynajmniej. Było nam dobrze i czasem bardzo wesoło, ale też - paradoksalnie - nasza przyjaźń jakby nam spowszedniała. Miałyśmy się na co dzień w domu, więc tylko niekiedy wybierałyśmy się gdzieś razem. Otrzaskane ze sobą jakbyśmy trochę zatraciły poczucie wyjątkowości bycia razem.
Ale też wtedy chyba najbardziej doświadczałam takiej konkretnej, ucieleśnionej miłości Pauliny. Gdy moja choroba wyraźniej dawała o sobie znać, ona troskliwie się mną zajmowała. W razie potrzeby nawet karmiła czy pomagała się ubierać. Pamiętam, jak kiedyś źle się poczułam w kościele. Ledwie dotarłyśmy do domu, a kiedy w windzie zaczęłam osuwać się na podłogę, moja Przyjaciółka błagała, żebym wytrzymała, bo przecież ona mnie nie doniesie (wśród wszystkich różnic między nami, o których jeszcze opowiem, trzeba dostrzec i tę w tuszy ;) ). Innym razem zwolniła się z pracy, gdy zasłabłam w domu, ustaliła z moim lekarzem, co powinna zrobić, a potem ściągnęła naszego przyjaciela Krzyśka, żeby zawiózł nas do szpitala. Krzyś zachwycał się potem jej zdolnością racjonalnego działania w sytuacji kryzysowej. ;) Z wdzięczności za całą tę akcję kupiłam jej chyba zaraz następnego dnia wszystkie tomy jej ukochanych Opowieści z Narnii. Zresztą, kiedyś w Krakowie, w podobnej sytuacji, gdy już obdzwoniła wszelkie możliwe placówki medyczne, w których odsyłano ją od Sasa do Lasa, w końcu poszła zrobić rozróbę w najbliższej przychodni i uzyskała zapewnienie, że lekarz przyjdzie. Ostatecznie okazało się to niepotrzebne, kryzys zdrowotny minął, pomoc Pauliny wystarczyła. Także jeszcze na studiach pewnego dnia trzeba mnie było zaprowadzić do uczelnianej przychodni, bo zlekceważyłam kaszel i tak naderwałam mięśnie klatki piersiowej, że ledwie mogłam się ruszać i oddychać. Towarzyszył nam nasz serdeczny kolega Mateusz. Gdy dotarliśmy, okazało się, że nie ma akurat żadnego lekarza. Najlepsza Przyjaciółka od razu wkroczyła do akcji i na tyle zdecydowanie uświadomiła personelowi, co myśli o tym, że w tak dużej przychodni nie ma się kto mną zająć, że od razu się ktoś znalazł. Poczciwy Mat nie mógł wyjść z podziwu… ;) No i od dawna Paulina jest upoważniona we wszelkich odwiedzanych przez mnie placówkach medycznych do dowiadywania się o moim zdrowiu i - jeśli zajdzie konieczność - do odbioru mojego trupa. ;)
Ale jeszcze o tym mieszkaniu razem… Pewnego dnia zdecydowałam się rzucić moją pierwszą pracę (nie mając żadnej innej, z niewielkimi pieniędzmi na koncie), ponieważ dalszą kooperację z moim przełożonym uważałam za niemożliwą czy - nazwijmy rzecz po imieniu - złą; musiałam odejść, by obronić siebie. I zrobiłam to. Tego dnia, gdy oznajmiłam szefowi, że zamierzam go pożegnać, Paulina powitała mnie w domu radosnym okrzykiem: "Zrobiłam sałatkę grecką. Musimy to uczcić!". To były moje 29. urodziny.
Rzucanie pracy to też wydarzenie, które doskonale obrazuje różnice między nami. Gdy ja się do tego przymierzałam, przez dłuższy czas głośno o tym mówiłam, przeżywałam moje dylematy na zewnątrz, potrzebowałam wsparcia w podjęciu decyzji. Gdy Paulina zdecydowała się odejść ze swojej pierwszej pracy (mniej więcej z tych samych powodów co ja), wychodząc rano z domu, powiedziała coś w stylu: "Chciałabym wydać oświadczenie [to taka nasza formułka, sygnalizująca, że chcemy coś ważnego oznajmić]. Składam dziś wymówienie. Dziękuję". I zamierzała wyjść, tylko gdy już ocknęłam się z osłupienia, zarzuciłam ją pytaniami, na które jednak uzyskałam raczej zdawkowe odpowiedzi. Bo ona jest raczej introwertyczką, w przeciwieństwie do mnie - ekstrawertyczki.
Dopiero z czasem pojęłam, że niemówienie sobie dokładnie wszystkiego wcale nie umniejsza siły naszej więzi. Przestałam zamęczać Przyjaciółkę wszelkimi moimi przemyśleniami i przeżyciami, jak gdyby to dawało gwarancję bliskości. Choć wiem, że mogę powiedzieć jej o wszystkim, o czym tylko zechcę, a ona wysłucha i będzie się starała to ze mną podzielić. A jeśli nie będzie potrafiła, na pewno powie (jak już nie raz): "Nie umiem cię zrozumieć, ale chcę z tobą być". Czasem żartuję, że lepiej niż ona zna mnie tylko Pan Bóg. Przestałam też mieć jej za złe, że mówi mi tak niewiele. Nauczyłam się pytać o to, co chcę wiedzieć, i odkryłam, że ona wcale nie broni się przed moimi pytaniami. I zawsze kiedy tego potrzebuję, Paulina mnie przytula, to znaczy jej cienka postać przygarnia równie cienkimi ramionami moją postać, która w tym kontekście wypada jako dość rosła.
Tego dnia, kiedy złożyła wymówienia, długo nie wracała i nie odbierała telefonu. Zaczęłam się bać, że z rozpaczy po przejściach w biurze poszła się rzucić do Wisły. Okazało się, że była na rozmowie w firmie, która wkrótce ją zatrudniła. Ja zresztą też po miesiącu od rozstania z moim koszmarnym szefem znalazłam nową pracę. Przeżyłyśmy więc traumatyczny moment zupełnie inaczej, ale obie się przekonałyśmy, że dobre decyzje, nawet jeśli są ryzykowne, przynoszą dobre owoce.
Różnic między nami jest jednak znacznie więcej. Mamy inny styl ubierania (do tego ja mam zwykle zauważalny makijaż); ja lubię nowinki elektroniczne, Paulina raczej od nich stroni; ona jest fanką sportu, ja zwykle nie wiem, kto z kim konkuruje i komu należy kibicować (na szczęście mogę ją o to zapytać); u mnie można dopatrzeć się trochę snobizmu, jej rzeczy "na pokaz" są obojętne; ja zwykle lekceważę infekcje i dopiero jak już zupełnie sobie nie radzę, idę do przychodni po zwolnienie i receptę; ona ("dziecko służby zdrowia" - jak ma zwyczaj podkreślać w związku z pracą swojej Mamy) w pierwszym dniu kataru odwiedza aptekę, w drugim - lekarza; w nazywaniu uczuć jej przypadłość stanowi daleko posunięta ostrożność, moją - używanie od razu wielkich słów; mojej podatności na uleganie opiniom innych odpowiada jej umiejętność dystansowania się wobec nich; gdy ona namiętnie biega do teatru (czasem mnie tam wyciąga), ja zwykle redaguję teksty.
Ale za to mamy podobne upodobania estetyczne, obydwie jesteśmy idealistkami i kochamy książki. I uwielbiamy plotkować - ale tylko między sobą (choć zdarzyło się, że przez pomyłkę wysłałam "plotkującego" sms-a do osoby oplotkowywanej zamiast do Pauliny… ;) )! A przede wszystkim żyjemy w świecie tych samych wartości. Dlatego się rozumiemy. Tylu rzeczy przecież nie trzeba wyjaśniać, gdy się oddycha tym samym powietrzem, nadaje na tych samych falach, odczuwa - ach, użyjmy górnolotnego określenia - wspólnotę ducha. Może to właśnie stanowi niezachwiany fundament tej przyjaźni?
Dość szybko chyba poznałyśmy swoich Rodziców, to znaczy Paulina - moich, a ja - jej (z czasem nawet zaczęłam się do nich zwracać "Pani Mama" i "Pan Tata"). Oczywiście, ona zna też moją siostrę, a ja - jej braci bliźniaków, których jednak nadal nie potrafię odróżnić… ;)
W pewnym momencie jednak pomiędzy nami, a konkretniej: w życiu Pauliny, pojawiła się jeszcze jedna postać. On - Łukasz. Pamiętam, jak leżałyśmy w jej łóżku, i czytałyśmy artykuł w babskim magazynie, który przywiozłam od Mamy: Babska przyjaźń na zakręcie, punkt pierwszy: Facet na horyzoncie. Tak, w pewnym sensie to był zakręt. Moja Przyjaciółka miała dla mnie mniej czasu, kto inny bardziej stawał się dla niej oparciem, w dodatku musiałam się na jakiś czas przyzwyczaić, że mówi głównie w liczbie mnogiej.
Na szczęście ten zakręt nie okazał się śmiertelnym wirażem, bo - wybacz, Łukaszu! - facet mojej Przyjaciółki nigdy mnie nie pociągał. A jednocześnie od razu go polubiłam i on chyba polubił mnie. I tak się to wszystko z czasem poukładało, że nie tylko nie straciłam Przyjaciółki (która z czasem wróciła nawet do liczby pojedynczej), ale zyskałam Przyjaciela. To on ochrzcił mojego VW lupo Błękitną Strzałą (z racji koloru i pojemności silnika 1.0), naprawiał zlew w kuchni i odtykał umywalkę w łazience, pomagał przy montażu odnowionych drzwi, przywiózł Paulinę i wezwał pogotowie, gdy się mocno rozchorowałam, a innym razem, gdy chora leżałam w łóżku, na pożegnanie zajrzał jeszcze do sypialni i powiedział: "Jakby co, dzwoń, nawet w nocy, to przyjedziemy".
Bo w po jakimś czasie moi Przyjaciele zamieszkali razem. A po potem się pobrali. Pamiętam, jak ważna czułam się w dniu ich ślubu. Byłam też straszliwie przejęta. Gdy szykowałyśmy się w panieńskim pokoju Pauliny w mieszkaniu jej Rodziców w Radomiu, to ja zasłabłam. I oznajmiłam Pannie Młodej, że nigdy więcej ma mi tego nie robić, że to ostatni raz, kiedy zgadzam się na jej ślub. ;) Szybko się jednak z osłabienia pozbierałam - wszak miałam do spełnienia ważną rolę. Bo to, że będę świadkiem, ustaliłyśmy chyba na długo przedtem, zanim moja Przyjaciółka spotkała swojego wybranka. Wznosząc specjalny toast na weselu, żartowałam, że biedny Pan Młody, chcąc Paulinę, musiał ją przyjąć z "dobrodziejstwem inwentarza", czyli ze mną jako jej przyjaciółką. ;) Zresztą, do tej pory nieraz powtarzam, że ona i ja mamy dłuższy staż w przyjaźni niż ona i on w miłości. ;) Zacytowałam też pewnego dominikanina, który twierdził, że kobieta potrzebuje nie tylko dobrego męża, ale i mądrej przyjaciółki - żeby Paulina uświadomiła sobie, że jest szczęściarą, bo ma jedno i drugie, a Łukasz pamiętał, że jestem konieczna! ;)
W ich domu czuję się zawsze chcianym gościem. Czasem nawet najważniejszym? Pamiętam taką imprezę w stylu rumuńskim. Oglądaliśmy zdjęcia z wyprawy naszego znajomego do Rumunii, słuchaliśmy muzyki z tych terenów, czytaliśmy rumuńską poezję, a tamtejszym winem popijaliśmy rumuńską potrawę. Za tę ostatnią odpowiedzialna była Paulina i... podmieniła widniejącą w przepisie rybę na kurczaka, bo ja nie lubię ryb. ;) A gdy gości nie ma, Łukasz dobrze wie, że potrzebujemy z jego Żoną chwil sam na sam. Dlatego po wspólnej pogawędce zwykle znika w drugim pokoju i znajduje sobie zajęcie, puka, gdy chce do nas wejść, i taktownie udaje, że niczego nie zauważa, gdy - bo tak się czasem zdarza - wypłakuję się Paulinie w rękaw. Ale czasem potrzebuję pogadać z nimi obojgiem - zawsze wtedy mogę liczyć na wsparcie.
Chyba najpiękniejszym dotychczasowym wyrazem ich troski o mnie było całkiem niedawne zajście. Rzecz dotyczyła sytuacji, w której musiałam dokonać wyboru. Oni byli raczej przeciwni temu, ku czemu ja się skłaniałam. Najpierw podczas spotkania przy dużym słodkim torcie w Chado na Chmielnej Paulina wygłosiła absolutnie zaskakującą perorę. Przy czym owo zaskoczenie nie wynikało z tego, CO, ale JAK mówiła. Chyba po raz pierwszy moja Przyjaciółka mnie przegadała! Ona wręcz nie dopuszczała mnie do głosu (przyznała potem, że to dlatego, żebym nie zaczęła jej przekonywać do swoich racji)! Wygłaszała swą mowę zdecydowanie i nieco podniesionym głosem. Tak stanowczej chyba jej jeszcze nie widziałam. Wzruszyłam się. Bo czułam w tym prawdziwe zatroskanie i… miłość. Jakiś czas później spontanicznie rozmowę sam na sam ze mną podjął Łukasz. Przedstawili zasadniczo te same argumenty (na pewno przedyskutowali sprawę, nawet jeśli nie uzgadniali, że ze mną - zwłaszcza osobno - porozmawiają), choć nader wyważonym tonem, spokojnie, dobierając słowa tak, by nazwać rzeczy konkretnie, acz delikatnie. Czy to nie wspaniałe mieć takich przyjaciół?
Ale to nie opowieść o naszej trójce, więc koniec o Łukaszu. O Paulinie zaś trzeba powiedzieć - skoro już mowa o dylematach czy, ogólnie, problemach - że wypracowała pewien swój sposób postępowania z moimi dołami. Kiedyś czułam do niej żal, że nie potrafi ze mną rozmawiać o moich kłopotach, roztrząsać ich i analizować pod każdym kątem (do czego ja mam wyjątkowe predyspozycje). Aż zrozumiałam, że to nie jej niechęć czy ucieczka. Ona po prostu stara się zawsze zrównoważyć to moje grzebanie się w smutku. Więc na początek pomija mojego doła milczeniem - to środek zapobiegający jego pogłębianiu. A potem robi wszystko, by go zasypać rozmaitymi radosnymi rzeczami (robi coś dobrego do jedzenia, wyciąga mnie gdzieś, dokonuje przeglądu fajnych rzeczy w moim życiu). I tylko czasem ulega mojej potrzebie pomarudzenia trochę na temat tego, co boli. I wtedy zawsze włącza jej się ten arcyracjonalny stanowczy ton (myślę o nim teraz z uśmiechem).
A do bronienia mnie przed tymi, którzy wyrządzają mi krzywdzę, służą mojej Przyjaciółce… anonimy! Takie z tekstem wyklejonymi czcionkami wyciętymi z gazety. Nie pamiętam, skąd się to wzięło, ale chyba któregoś razu Paulina zaproponowała, że postraszy kogoś w mojej sprawie anonimem. Bardzo jej się ten pomysł spodobał. I odtąd zawsze, kiedy mam z kimś na pieńku, ona deklaruje wysłanie mu anonimu. Czy kiedykolwiek naprawdę to zrobiła? Nie wnikam… ;)
Tylko żeby nie wyszło na to, że głównie się razem smucimy. Z nikim bowiem nie jest tak cudownie śmiać się do łez jak z Pauliną. Uwielbiam ją rozśmieszać (nieskromnie przyznam: jestem w tym niezła… ;) ), a ona chyba lubi zaśmiewać się z moich żartów. Umiemy się też razem dobrze bawić. Pamiętam takiego sylwestra: Łukasz wyjechał, byłyśmy same w moim mieszkaniu i… miałyśmy szampańską zabawę (szczegółów nie podam)! ;) Bardzo wesoły był też nasz wyjazd do Sopotu. Gdy wreszcie znalazłyśmy nocleg, postanowiłyśmy szybko pobiec się wykąpać w morzu, tak by zdążyć, zanim znów zacznie padać. Jak dotarłyśmy do plaży, właśnie wciągano na maszt czarną flagę... A po chwili lunęło. Trochę więc wykąpałyśmy się w deszczu, a ja potem dodatkowo w… kawie, którą niemal w całości wylałam na siebie w kawiarni (panią za ladą poprosiłam o ścierkę, podała mi jakieś maleństwo, "Proszę pani, ale ja BARDZO wylałam tę kawę…" - wyjaśniłam i… przysłano sprzątaczkę z mopem i wiaderkiem - urządziłam spektakl dla wszystkich gości; Paulina umie ocenić teatr, ja go urządzam… ;) ). Prałyśmy potem pod prysznicem w wynajętym lokum mój gruby pomarańczowy sweter. Mamy z tej wyprawy śliczne fotografie.
Śmiech do łez zdarzył nam się kiedyś przy… modlitwie. Chciałyśmy razem odmówić koronkę do Miłosierdzia Bożego i któraś z nas pomyliła się we Wierzę w Boga. Taki drobiazg, ale długo nie mogłyśmy się uspokoić. Potem Paulina opowiadała mi, że przypomniało jej się to, gdy próbowała pomodlić się z Łukaszem, i… znów zaczęła się śmiać! A skoro o modlitwie mowa… Razem też chodziłyśmy na niedzielną mszę o 17.00 u dominikanów w Krakowie, by słuchać kazań o. Piotra. Byłyśmy w nim zakochane. Kiedyś mojej Przyjaciółce wyrwał się stłumiony okrzyk: "Mój ukochany!", ja zaczęłam to komentować, a jakaś pani zwróciła nam uwagę, że w kościele się nie rozmawia - poczułyśmy się jak zestrofowane nastolatki. Kiedyś - w święto 3 Maja - po mszy u dominikanów zostałyśmy na nabożeństwie majowym. Zamiast zwykłej czytanki przed litanią ojciec prowadzący nabożeństwo zaczął wykrzykiwać (tak, tak, wykrzykiwać) bogoojczyźniane kazanie (kilka lat później spotkałam go u dominikanów w Warszawie - od razu rozpoznałam tę stylistykę!). Ja - wrażliwa na słowa płynące z ambony - wydałam z siebie westchnienie rozpaczy. Na co Paulina - pełna zrozumienia - szepnęła: "Jeśli będziesz grzeczna, to potem pójdziemy na lody".
Bo po tych mszach u dominikanów wybierałyśmy się często na spacer po Rynku czy Plantach. Obowiązkowym punktem programu były wtedy gofry (opychałyśmy się nimi także w Sopocie, w Warszawie kultywujemy ten zwyczaj w Łazienkach), których część zwykle lądowała na moim ubraniu. Pewnego razu z dumą oznajmiłam, że udało mi się nie pobrudzić, i wtedy odkryłam długi czekoladowy zaciek na mojej zielonej spódniczce… Co zrobiła Paulina? Wybuchnęła śmiechem! Ja zresztą też…
Nasza pierwsza kłótnia zdarzyła się wtedy, gdy Paulina przyjechała do mnie do Wiednia - pod koniec mojego pobytu na stypendium. Czekałam na nią podekscytowana i myślałam, że wbrew temu, co się mówi, że kłótnie między przyjaciółmi są nieuniknione, nie wyobrażam sobie pokłócić się z Pauliną. Tymczasem pokłóciłyśmy się niemal od razu. Przestałyśmy ze sobą rozmawiać. W końcu jednak trzeba się było przerwać milczenie. Moja Przyjaciółka rzuciła mi wtedy dramatyczne pytanie: "Co teraz z nami będzie?". Ale mnie nawet do głowy nie przyszło się z nią "rozwodzić". Pogodziłyśmy się. Odtąd zawsze gdy dochodziło do nieporozumień - większych (zwłaszcza jedno z nich - jeszcze w czasów krakowskich - do dziś trudno mi wspominać) i mniejszych - czułyśmy ogromną determinację, by się pojednać. Nawet gdy musiałyśmy przyjąć do wiadomości, że nie da się uzgodnić naszych stanowisk, że każda z nas zostaje przy swoim zdaniu. Bo miałyśmy pewność obustronnie dobrej woli. Nawet gdy nie zgadzałam się z Pauliną, byłam pewna, że nie chciała zrobić nic przeciwko mnie, czasem nawet starała się mnie po prostu chronić. Takie sytuacje nauczyły nas szacunku wobec siebie i - jak się zdaje - kochania się wbrew racjom, na które nie możemy przystać.
Jak w każdym dobrym związku, i w naszym funkcjonuje czułe, a w każdym razie takie tylko nasze, zwracanie się do siebie. Lata temu stworzyłam dla niej zdrobnienie "Poli", którego - w przeciwieństwie do "Borku" (od jej panieńskiego nazwiska) - używam tylko ja. Mnie nikt poza nią nie nazywa Madziulem (lubię to - proszę spojrzeć na adres bloga… ;) ). W zeszłym roku na imieniny dostałam od niej oprawioną wyklejankę z dziewczynką podpisaną czcionką wyciętą z gazety (o zamiłowaniu mej Przyjaciółki do anonimów była już mowa): "madziul". Stoi teraz na moim biurku (wszak tam trzyma się fotografie najbliższych ;) ). Są jeszcze dwa tylko dla nas dostępne skróty: Tp i Tm - co znaczą, nie zdradzę, choć może nietrudno się domyślić.
Naszymi ulubionymi postaciami są Pat i Mat z czeskiej bajki Sąsiedzi. Ona utożsamia się oczywiście z Patem (P jak Paulina i Pat), ja - z Matem (M jak Magdalena i Mat, poza tym mamy podobne nosy). I najpierw ona kupiła mi Mata, a potem ja jej Pata. Choć z tymi dwoma konkurują Prosiaczek i Puchatek. Zakochana w śwince Poli mnie odruchowo przydzieliła w tej parze rolę żarłocznego misia (może nic w tym dziwnego, jeśli się weźmie pod uwagę moją miłość do słodyczy, o różnicy tusz zdążyłam wspomnieć). Że to takie niepoważne? Cóż, w tym wypadku i ja nie zamierzam się przejmować opiniami innych. ;)
I tak minęło ponad dziesięć lat tej przyjaźni. My się zmieniłyśmy i nasza przyjaźń się zmieniła; my dojrzałyśmy i nasza przyjaźń dojrzała. Okrzepła, umocniona przez próby i tyle wspólnych przeżyć (przywoływanych tylekroć magiczną formułą "A pamiętasz, jak…?"), a jednak zachowała wymiar radosnego święta. Bo tak naprawdę każde nasze spotkanie jest jak celebracja. Dlatego zawsze się staramy podkreślić jego wyjątkowość, choćby przez dobre jedzenie czy specjalne miejsce, czasem drobny, ale zawsze znaczący prezent.
Czy mamy receptę na udaną przyjaźń? Nie. Nawet kiedyś zastanawiałyśmy się nad tym i nic nie wymyśliłyśmy. Mamy za to poczucie, że zostałyśmy naszą przyjaźnią obdarowane, choć i same nieźle się nad nią napracowałyśmy. Że z jakichś powodów nam się udało. I że jesteśmy za to wdzięczne.
Dziś są 30. urodziny mojej Najlepszej Przyjaciółki. Ten tekst jest specjalnie dla niej - taki prezent.
A na koniec - też specjalnie dla Ciebie, Paulino - fragmencik, który w pełni zrozumieć możesz tylko Ty:
- Puchatku!
- Co, Prosiaczku?
- Nic - rzekł Prosiaczek, biorąc Puchatka za łapkę - chciałem się tylko upewnić, czy jesteś.
Kocham Cię, moja Poli!
(na fotografii, zrobionej przez Kubę, Poli i ja pewnego ranka w krakowskim mieszkaniu przy Rusznikarskiej - ważnym dla nas miejscu)
wtorek, 19 stycznia 2010
Krzesełko w poczekalni
Tak się składa, że sporo czasu spędzam w poczekalniach lekarskich. Są to miejsca, w których panuje specyficzna atmosfera i formuje się oryginalna wspólnota. I nic w tym dziwnego, skoro łączy nas stan (czekanie) i cel (spotkać się z lekarzem). Stąd też biorą się tematy rozmów. W końcu ile można wytrzymać bez mówienia, gdy się tak siedzi i siedzi, w dodatku w dość licznym towarzystwie?!
niedziela, 27 grudnia 2009
Ziemia Święta
Obiecałam s. Miriam (zresztą, nie tylko jej), że napiszę o moim pobycie w Ziemi Świętej. Czas obietnicę spełnić.A w Ziemi Świętej…
Było mi trudno. Z kilku powodów. Jakich? Otóż…
To nie jest moja ulubiona forma spędzania czasu: przenosić się niemal codziennie z miejsca na miejsce. W dodatku z dużą grupą obcych mi ludzi, którzy - choć trudno ich za cokolwiek krytykować (no, może za śpiew podczas rejsu po Jeziorze Galilejskim - wymagało nie lada siły woli, żeby z rozpaczy za burtę nie wyskoczyć... ;) ) - po prostu nie byli "w moim typie" (w większości takie grono "znajomych księdza proboszcza" i działaczy parafialnych). Jednego i drugiego (to znaczy częstego przemieszczania się i przypadkowego towarzystwa) należało się oczywiście spodziewać, bo w końcu wybrałam się na pielgrzymkę objazdową organizowaną przez biuro podróży, ale nieco mnie zaskoczyło, że mi z tym chwilami aż tak ciężko. Zwłaszcza na początku tęskniłam za tym, co zostawiłam, i chciało mi się wracać.
Przez prawie cały tydzień miałam kłopoty z żołądkiem, chwilami doskwierające tak bardzo, że przyćmiewały wszystko inne. Z tego powodu - o ironio! - na tej wyjątkowej ziemi (ściśle: w Betlejem) pierwszy raz w życiu wypiłam setkę wódki - polskiej gorzkiej żołądkowej, przyniesionej przez Gaffcię z hotelowego baru (gdzie niemal zaprzyjaźniła się z barmanem, przygotowującym dla mnie lecznicze trunki, bo oprócz gorzałki była herbata - jakże on miał na imię, Mario?). To złagodziło dolegliwości. ;)
Towarzyszyło nam pięciu księży, wszyscy zdawali się poczciwi, ale pozbawieni pewnego charyzmatu, co najboleśniej odczułam w odniesieniu do tego, który został wyznaczony na opiekuna duchowego (uczestnik pielgrzymki, który wybrał się na nią ze sporą grupą ze swojej parafii, nie zaś ksiądz jeżdżący do Ziemi Świętej jako przewodnik). Przewodniczka była naprawdę dobrze przygotowana, chętnie dzieliła się swoją wiedzą, wyświetlała w czasie jazdy ciekawe filmy (np. o konflikcie izraelsko-palestyńskim, islamie czy Miriam - małej Arabce, której historia bardzo mnie poruszyła, ten film można w częściach zobaczyć tu) i starała się pokazać nam nawet więcej niż było w programie. Miała też przy sobie Biblię, a w niej pozaznaczane stosowne fragmenty, by je odczytywać w poszczególnych odwiedzanych przez nas miejscach. I fajnie. Tyle że czasem zaczynała mówić podniosłym tonem coś a la kazania, co mnie zwykle po prostu irytowało.
Wejście na Synaj okazało się przy mojej kondycji niemal nadludzkim wysiłkiem. Gdyby nie to, że chodziło o Górę Mojżesza, w życiu bym się tam nie wybrała. Przewodniczka ostrzegała, że to wymagająca trasa, ale nie chciałam sobie odpuścić, postanowiłam zaryzykować. I poszłam. Dość szybko jednak moje pobożne uczucia ustąpiły na rzecz zniecierpliwionego i załzawionego wołania: "Gdzie, do jasnej cholery, jest ten szczyt?!". Jakieś panie, odpoczywające na kamieniu, widocznie Polki, roześmiały się, słysząc te słowa, ale mi wcale nie było do śmiechu. Zaczęłam myśleć, że wchodzenie na Synaj nocą odbywa się nie ze względu na możliwość zobaczenia wschodu słońca, tylko dlatego, że po ciemku nie widać, ile i po jakiej drodze trzeba przejść... ;) Zresztą, widok całej tej pustyni każe przestać się dziwić Izraelitom, że marudzili, gdy im Mojżesz kazał po niej spacerować... ;) Tu zresztą zdarzył się być może najzabawniejszy incydent podczas całego naszego pielgrzymowania. Otóż wspinającym się na Górę Mojżesza towarzyszą rozstawieni na całej trasie Beduini z wielbłądami, pokrzykujący do zmęczonych śmiałków: "Camel? Camel ride? Wielbłąda?" (i jeszcze po rosyjsku, tylko nie pamiętam, jak to brzmi w tym języku). Wielu korzysta z ich usług i na grzbiecie zwierzęcia, które na mnie robi zawsze wrażenie ironicznie się śmiejącego, dociera w okolice szczytu. No i z czasem można mieć tych rozbrzmiewających wciąż beduińskich zachęt szczerze dość. W każdym razie Gaffcia miała ich dość, podenerwowana dodatkowo moimi słabnącymi siłami (dzielnie wspierała mnie całą drogę!), toteż w pewnym momencie wycedziła do kolejnego nastającego na nas "taksówkarza": "Spierdalaj mi z tym wielbłądem!" (oczywiście jej nie zrozumiał - na szczęście?). W tych okolicznościach zabrzmiało zaiste komicznie (uwaga na marginesie, a właściwie w nawiasie: tu użycie pseudonimu bohaterki zajścia pozwala tej szacownej osobie zachować - ograniczoną, ale jednak - anonimowość, wskazaną ze względu na niecenzuralność wypowiedzi)! ;)
Potem w kolejnych miejscach musiałam się w sobie "dobijać" do nich. Albo inaczej: przebijać się przez to, co narosło przez wieki. Żeby poczuć, że jestem tam, gdzie był Jezus, a nie tylko w kościele, który na tym skrawku ziemi zbudowano. Przedzierałam się przez to, co jest teraz, żeby dogrzebać się do śladów Jezusowych stóp.
Doświadczałam więc cierpienia: fizycznego (kłopoty z żołądkiem, zmęczenie na Synaju), psychicznego (częste przemieszczanie się, przypadkowość towarzystwa) i duchowego (brak zachwytu deus ex machina, czego chyba spodziewałam się po opowieściach znajomych osób, które przede mną odwiedziły Ziemię Świętą). Tak, żadnych "ochów" i "achów", tylko cierpienia. Ale też szybko zaczęłam myśleć, że to musi czemuś służyć. I może rzeczywiście służyło. Temu, żebym była czujna. Żebym podejmowała wysiłek spotykania się z Bogiem w przestrzeni naznaczonej Jego obecnością. Żebym się nie prześlizgnęła po powierzchni w ulotnym zachwycie.
A jeszcze pełniej zrozumiałam to podczas drogi krzyżowej w Jerozolimie. Wszak Jezus podczas niej doświadczał tego samego (oczywiście, nie porównuję stopnia, tylko rodzaj!), czyli każdego rodzaju cierpienia, a mimo to był skupiony na dziejącym się zbawieniu. I pomyślałam, że w życiu trzeba podejmować zmaganie, żeby przekraczać to, co trudne, co boli, nie dać się przez to zdeterminować, lecz dostrzegać dziejące się zbawienie. A nawet kiedy cierpienie jest tak silne, że determinuje (bo czasem wszak i tak się zdarza), to i tak trzeba się trzymać wiary, że zbawienie się dzieje (nawet w tym cierpieniu, przez nie, ale też ponad nim).
Zdarzało się, że gdzieś czułam się tak "estetycznie" miło. Przede wszystkim na górze Tabor i w Ain Karem (tu przestałam się dziwić, dlaczego Maryja została u Elżbiety tak długo: jak już wlazła na taką górę, z której na dodatek rozciągał się taki ładny widok, to Jej się pewnie wracać nie chciało ;) ), gdzie było jakoś tak "przytulnie". Duchowej błogości doświadczyłam w Nazarecie: jakbym przyjechała do rodzinnego domu. Tam też jakoś trafiły do mnie słowa, które Anioł powiedział Józefowi: "Nie bój się...". I zakiełkowała myśl, że nie muszę się w życiu różnych rzeczy bać. A potem to się jakoś dopełniło przy Kościele Ośmiu Błogosławieństw, gdy rozmyślając o nich, poczułam, że życie takim duchem (duchem Błogosławieństw), to znaczy bycie szczęśliwym, wymaga odwagi, bo to normalne i przeciętne nie jest. Przywiozłam zatem w sobie głębokie przekonanie, że żeby być szczęśliwym, trzeba być odważnym - jakkolwiek miałoby się to przekładać na życiowy konkret.
Miejscem zaś dla mnie najważniejszym, takim, które niemal dosłownie zwaliło mnie z nóg, okazała się Golgota. Znalazłszy się na niej, przestałam myśleć, czuć, chcieć, nazywać - jakbym cała zamieniła się w samo bycie. Bycie tam. I nie chciałam się stamtąd ruszać. Chciałam zostać. Wracałam kilka razy, jakbym nie mogła się oprzeć przyciągającej sile tego wzniesienia, na które dziś prowadzą wąskie kamienne schody. Siedziałam na piętach naprzeciw złoto-srebrnej nastawy ołtarzowej, w pobliżu skalnego zagłębienia - śladu po Krzyżu, którego wcześniej dotykałam rękoma i ustami, schylona tak, że czoło sięgało posadzki, po twarzy płynęły mi łzy. I chciałam tylko tam być, bo tam była Miłość. I gdyby ktoś powiedział mi wtedy: "Odtąd nie będziesz jeść, pić, spać, nic nie będziesz, tylko tu będziesz", to bym się natychmiast zgodziła. I chyba coś ze mnie na Golgocie zostało. Czuję, że gdzieś w sobie ciągle trochę jestem przy tym niewielkim ołtarzu wzniesionym na skale. I nie mam nic przeciwko, żeby tak zostało. Bo chyba można żyć, wciąż trwając przy Ukrzyżowanym.
Zresztą, Jerozolima w ogóle mną zawładnęła. Cały ten niewymownie frapujący świat: mieszanka muzułmańsko-żydowsko-chrześcijańska z całą jej złożonością i innością. Mam wrażenie, że mogłabym tydzień siedzieć na jerozolimskiej ulicy i gapić się, chłonąc jej urzekającą niezwykłość. Od powrotu tęsknię za tym przedziwnym miastem, jak się tęskni za osobą. Nigdy wcześniej nie doświadczałam takiego uczucia wobec bliskich mi miejsc.
W całym tym czasie najcenniejsze były się te chwile kontemplacji, które udawało się wyrwać z pielgrzymkowego pośpiechu. Taki czas robienia fotografii w sobie. Bo aparatu fotograficznego celowo nie wzięłam. Moja przyjaciółka go miała, więc trochę "normalnych" zdjęć też porobiłyśmy. Ale cieszyłam się, że mogę oddać się modlitwie, nie zaś uwiecznianiu interesujących kadrów (co stanowiłoby dla mnie z pewnością kuszącą perspektywę), podczas gdy aktywność grupy czasem przypominała udział w konkursie na obfotografowanie wszystkiego i wszystkich - takie trochę "kto zrobi więcej zdjęć, ten wygrywa". ;)
A wszystko to działo się w sierpniowym upale do 45 stopni, co jednak moje ciało, nawet z połączeniu ze zmęczeniem, całkiem dobrze znosiło. Wszak jestem z tych, co wolą nawet 45 stopni na plusie niż 4,5 na minusie. ;)
Teraz, po powrocie, to, co doskwierało, trochę się zaciera. A zostaje istota. Cieszę się, że byłam w Izraelu. To dla mnie naprawdę ważne. I myślę, że chciałabym tam wrócić, ale już inaczej: sama albo w małej grupie, żeby pobyć i poczuć, i posmakować, nie tylko przebiec, starając się uchwycić.
Wróciłam do mojej warszawskiej rzeczywistości, do zmagania z moimi codziennymi trudami wszelkiego rodzaju. A jednak wciąż rozbrzmiewa w mojej głowie i sercu owo "nie bój się" z Nazaretu, "trzeba być odważnym, żeby być szczęśliwym" z Góry Błogosławieństw i trwanie na Golgocie, gdzie jest Miłość... Nawet jeśli czasem chce się krzyczeć przez łzy: "Gdzie, do jasnej cholery, jest ten szczyt?!". Szczyt, na którym po nocnej wspinaczce można zobaczyć wschód słońca...
Tak, chyba zostało we mnie trochę biblijnego pyłu, kawałek Ziemi Świętej. Deo gratias!
Ps. W książce Dom na Zanzibarze Dorota Katende pisze: "Z pierwszej wyprawy [na Czarny Ląd] pozostał mi [...] ogromny niedosyt. Dotknęłam Afryki, ale jej nie przeżyłam. Wszystko działo się za szybko i byłam zbyt oszołomiona tym, co tam spotkałam. Wiedziałam, że muszę tam wrócić, i to tak szybko, jak się da. Że muszę się nauczyć Afryki, aby ją przeżyć, że muszę ją przeżyć, aby mieć jej część zawsze w sobie". Tak mniej więcej się czuję po powrocie z Ziemi Świętej.
(fotografię zrobiła Gaffcia)
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Kairos

Chrześcijanin to człowiek niecierpliwy. Ciągle spodziewa się, wygląda, tęskni. Oczekuje na spełnienie. Jednocześnie chrześcijanin to człowiek cierpliwy i spełniony. Wie, że "jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień" (2 P 3,8), ale On na pewno przyjdzie. Co więcej, już przychodzi, nieustannie jest, hic et nunc.
Czytałam tekst o adwencie, a w nim o tym, że tęsknota jest liturgią, jaką sprawuje życie, zaś prorok to człowiek, który tak otwiera się na Boga, że w końcu zaczyna patrzeć na świat Jego oczami. Piękne! I o dwóch wymiarach czasu: chronos (czas określany przez nasze kalendarze i zegarki) i kairos (czas obecności Boga).
Ale słowo "kairos" (pisane wielką literą) odnosi się również do greckiego bożka szczęśliwego zbiegu okoliczności albo… niewykorzystanej szansy. Czas zbawienia, czas przyjścia Boga to szczęśliwy moment, który jednak możemy przegapić…
A w Nowym Testamencie "kairos" oznacza czas przełomowych decyzji. Obecność Boga w naszym życiu domaga się konkretnych wyborów...
piątek, 27 listopada 2009
Znicz w kolorze nieba
Kończy się listopad - miesiąc szczególniejszej refleksji nad życiem, wspominania tych, co odeszli, częstszego odwiedzania cmentarzy (nawet jeśli zaraz po Zaduszkach ulice miast zaczynają się mienić bożonarodzeniowymi dekoracjami). Lubię cmentarze. Są pełne takiej spokojnej, może nawet poważnej, ale przecież nie smutnej zadumy. Lubię spacerować pomiędzy nagrobkami. Zwłaszcza we Wszystkich Świętych i w Zaduszki. Nad cmentarzem unosi się zapach wosku, pod nogami szeleszczą jesienne liście.
Pamiętam, że w dzieciństwie frajdą było robienie we Wszystkich Świętych woskowych kulek na patykach. Zanurzało się patyczek w roztopionym wosku znicza, a potem ten wosk zasychał. I tak kilka razy. Wreszcie formowało się to palcami. I wracało się do domu z takim trofeum. A przed cmentarzem sprzedawano duże pierniki ozdobione kolorowym lukrem, w rozmaitych kształtach. Zawsze czekałam, aż będę mogła takiego dostać.
Oglądam pomniki. Podobają mi się zwłaszcza takie jak na warszawskich Powązkach: anioły uchwycone w ruchu (widziałam nawet jednego, który klaskał, jakby w tańcu), płaczki przytulone do kolumn, kamienne bluszcze oplatające krzyże, kotwice jakby zarzucone w wieczność, misternie wykute krucyfiksy… Czytam napisy, niekiedy porosłe mchem. I rozmyślam o ludziach, których nieprzenikniona historia - z czasów mi współczesnych, tych, o których mi opowiadano, albo takich, które znam jedynie z książek i filmów - zamyka się między wypisanymi na płycie datami urodzin i śmierci. Czasem jest też wizerunek osoby (zwykle na owalnej płytce, rzadziej wyryty w marmurze) czy jakaś dodatkowa informacja (zawód, pozycja społeczna, okoliczności śmierci, wyraz miłości tych, co zmarłego grzebali). I to wszystko. Wszystko o życiu człowieka - z całą jego nieogarnioną indywidualnością i złożonością…
Wyobrażam sobie mój grób, który gdzieś kiedyś stanie. Chciałabym, żeby wyglądał bardzo skromnie. Na nim moje nazwisko. I daty, świadczące o tym, że żyłam na przełomie tysiącleci. To wyobrażenie mnie nie przeraża. Przyjmuję je spokojnie, odrobinę nawet zafrapowana: ciekawe, jak to będzie. Bo na sloganowe: "Życie jest krótkie" mam odpowiedź: "Życie jest wieczne". Po eschatologicznych rozmyślaniach zawsze dochodzę do tej samej konstatacji: nie boję się śmierci. I myślę, że to nie naiwność, lecz ufność… I tęsknota za spełnieniem, pełnią w Bożych ramionach. Przecież po to jestem.
Kiedy odwiedzam grób kogoś bliskiego, raczej patrzę w górę, niż schylam głowę. Tam go wypatruję. Kiedy zapalam znicz, najchętniej wybieram taki z niebieskiego szkła. W kolorze nieba.
czwartek, 26 listopada 2009
Osiedlowe mrowisko
Od czasu do czasu w pobliżu mojego bloku tak przed południem stają dwa prowizoryczne stoliki, na których rozłożone są damskie ciuszki. Przy nich gromadzą się kobiety (w różnym wieku, niektóre z wózkami dziecięcymi, które chwilowo porzucają) - bywa, że i po kilkanaście naraz. Wszystkie - stłoczone wokół konfekcji - wykonują te same pospieszne ruchy: podnoszą ubranie (wygrzebane z rozbałaganionego stosiku), taksują je wzrokiem i… zwykle odkładają. Pomiędzy paniami kręci się i dogląda interesu właściciel o wyglądzie bramkarza wiejskiej dyskoteki, pociągając papieroska.
Prawie słyszę toczące się rozmowy:
- Pani, taka okazja, trzeba brać.
- Tylko, wie pani, czy ten rozmiar będzie dobry?
- A to pani sobie zmierzy, pan ma miarkę.
Wahająca się klientka spogląda jakby wyczekująco w stronę sprzedawcy, który uchwyciwszy jej wzrok, już spieszy z pomocą, nie wyciągając szluga z ust. Razem mierzą, rozciągają, przykładają, w końcu prywaciarz mówi:
- No to pani se przymierzy.
Co poniektóra decyduje się pójść za jego radą, czyniąc ze znajdującej się obok betonowej podstawy słupa z bilbordem przymierzalnię.
Za wybrane rzeczy płaci się przy ladzie, czyli na masce starego czerwonego forda. Choć dziś auta nie widziałam, za to na słupie z bilbordem pojawił się wieszak z foliowymi siateczkami do pakowania zakupów. Inne dzisiejsze nowości to młoda kobieta rozmawiająca przez komórkę (czyżby konsultowała z kimś zakupy?) i starsza pani opasująca miarką swego posłusznie unoszącego ręce małżonka (czyżby oferta poszerzyła się o męski asortyment?).
Z okien mojej kuchni na czwartym piętrze, gdzie lubię stawać z kubkiem herbaty czy kawy, mam na tę pospieszną i - bądź co bądź - dość zabawną krzątaninę wspaniały widok (jeśli akurat jestem w domu). To naprawę fascynujące! Jak przyglądanie się mrowisku... ;)
wtorek, 24 listopada 2009
Wiadomość dnia
środa, 18 listopada 2009
Uśmiechnięty świat

środa, 11 listopada 2009
Dzwony na Anioł Pański
(na fotografii dzwonnica mojej parafii - pozwoliłam sobie skorzystać z parafialnej galerii dostępnej w Internecie)
wtorek, 3 listopada 2009
Sytuacja na polskich drogach
Muszę napisać o sytuacji na polskich drogach. I od razu zapowiadam, że radośnie nie będzie, co pewnie żadnego kierowcy (ani pasażera) nie zdziwi.(na fotografii "ceremonia" przekazania mi przez Tatę kluczyków do Pana Lupo, tuż po sprowadzeniu go z Niemiec, na podwórku pana Karola, który wystąpił w roli fotografa)
niedziela, 25 października 2009
Blog, który wyleciał w powietrze, ale powrócił



